Shop Mobile More Submit  Join Login
About Literature / Hobbyist AleksandraFemale/Poland Recent Activity
Deviant for 3 Years
Needs Core Membership
Statistics 68 Deviations 1,601 Comments 13,622 Pageviews
×

Newest Deviations

Literature
O powrocie Feanora do Valinoru
Nie boją się mówić o śmierci Eldarowie i nie drżą przed nią ich serca – w przeciwieństwie do serc człowieczych. Wiedzą bowiem dobrze Pierworodni, że są przypisani Ardzie i ona będzie na nich czekać, gdy ich śmierć na chwilę zabierze.
Lecz stało się raz tak, że śmierć przeraziła Eldarów i serca im zadrżały.
Oto zginął Duch Ognisty, Fëanor, syn Finwego. Potężnym jawił się ogień, który nagle rozgorzał na ciele poległego Noldora, potężnym jak ten, co płonął w nim za życia. Powiadają, że to dusza Fëanora opuściła wówczas ciało, przybrawszy postać płomienia, gdyż płomieniowi podobny był Fëanor. Tymczasem ci, którzy w tamtym czasie trwali przy martwym ciele, opowiadali, że ogień długo je
:iconl-Ellena-l:l-Ellena-l
:iconl-ellena-l:l-Ellena-l 1 0
Literature
O wybranych przez Iluvatara
Spośród wszystkich valarskich braci trzech dzieli literę imienia: Manwë, którego zwą Súlimem, Melkor przezwany Morgothem, co od dawna już między Valarami nie ma miejsca, lecz Valarom nie przestał być bratem, a także Mandos, który pod innym mianem zrodził się z myśli Eru – jest bowiem Námo pierwszym Mandosa imieniem, atoli to w drugim, nadanym mu przez Dzieci, więcej odnalazł ze swej istoty i pod tym częściej się skrywa.
Ich to w różnym czasie wybrał Ilúvatar, by w jego imieniu przemawiali na Ardzie, u początku zaś wiele im podarował. Każdy z nich bowiem zrodził się z mądrością i wzrokiem przenikliwym, choć Melkor z początku we wszystkim przewyższał braci. Równi są wobec siebie wszyscy Valarowie, jednakże światła swego najwięcej przelał Eru w Melkora, pot
:iconl-Ellena-l:l-Ellena-l
:iconl-ellena-l:l-Ellena-l 1 0
Literature
Echo dawnej przygody
Kiedy Bilbo Baggins opuścił Shire i w końcu dotarł do Rivendell (wszak często zbaczał z Gościńca), radość Elronda nie miała granic. Elrond bowiem wiedział – swym tajemnym sposobem, jak nazywał jego zdolności Bilbo – o wędrówce hobbita i słusznie przeczuwał, że ten będzie zmierzał (czy też stopy same go poniosą) ku elfiej dolinie. Martwił się jednak Mistrz Elrond wydłużającym się wyczekiwaniem. „Nawet starszy, znużony hobbit nie szedłby tak długo” – zastanawiali się elfowie w Ostatnim Przyjaznym Domu. „A jeśli coś złego przydarzyło się na jego drodze? Podróżowanie Gościńcem nie należy do bezpiecznych”. „Przecież mieli z nim być krasnoludowie!”. „Lecz mogli się rozstać i pójść w swoj
:iconl-Ellena-l:l-Ellena-l
:iconl-ellena-l:l-Ellena-l 1 3
Literature
Ostatnie slonce przed bitwa
Kolejny wolny dzień powitali mieszkańcy Minas Tirith, wolny od wojennego zamętu i szczęku oręża, od przeraźliwych krzyków i swądu ognia. W mieście wciąż jeszcze istniała trwoga, wszak Nieprzyjaciel nadal nie został pokonany; wielu mieszkańców i ich sojuszników leczyło rany zadane przez wielką nienawiść i wszyscy opłakiwali poległych, a nad chorymi trzęśli się z bólu i obawy – wojna jednakże była za nimi i o tym im od paru dni przypominało złote słońce.
Tego poranka świeciło ono wysoko i doprawdy mocno, na niebie zaś nie widniała ani jedna chmura, jeśli nie liczyć nieba nad Mordorem, tam bowiem z trudem szukano skrawków nieboskłonu pomiędzy czarnym kłębowiskiem. Od początku jednak dobre istoty oddzielały te dwa nieba, toteż wszyscy teraz bardziej prz
:iconl-Ellena-l:l-Ellena-l
:iconl-ellena-l:l-Ellena-l 0 0
Literature
O darach i naturze Lowcy
Wiele dzieł powstaje na Ardzie i wiele jest na niej cudów jeszcze nieodkrytych – tak jak twórców, których dotąd nikt nie poznał albo też oni sami, żyjąc pośród zwątpienia, nie rozpoznali swych talentów.
Wielu twórców ma Arda i wielu ich miała w dawnym czasie, gdy dopiero się stawała, a największym spośród nich jest Ilúvatar. Ze wszystkich zaś, których Eru powołał do życia, to Valarowie są wielkimi stworzycielami, bo z ich dziełem żadne inne równać się nie może i równać nie będzie; nie ma też nikt na Ardzie większości darów (a już na pewno nie takiej do nich mocy), które Valarowie otrzymali od Niego na początku Świata.
Albowiem są Manwë wraz z Ulmem stwórcami obłoków i wody i razem z Námem, zwanym Mandosem, najwięcej roz
:iconl-Ellena-l:l-Ellena-l
:iconl-ellena-l:l-Ellena-l 0 0
Literature
O wcielonych z dali i przestworzy
Na początku Świata, zanim się zrodziły Dzieci i zwierzęta i wzrosły rośliny, zanim wszystko powstało w Wielkiej Muzyce, dał Ilúvatar życie duchom. Nazwano je wszystkie Ainurami, Istotami Świętymi. Były wśród nich duchy najpotężniejsze, Valarowie – ich Eru uczynił swoimi dłońmi. Pozostałe, mniej od nich mocarne, choć wciąż pełne majestatu i wielkiej siły to ci, którzy mieli służyć Valarom i Światu, a przez to samemu Ilúvatarowi, lecz tak naprawdę czynili to z własnej woli, szlachetni w swej służbie i dalecy od bycia niewolnikami. Ich poznano jako Majarów. Wielu spośród nich przypomina dostojnych Valarów i zdaje się niekiedy swą mocą do nich zbliżać. Takim jest Eönwë, takim jest Olórin zwany Mithrandirem, takimi są Arien, Ilmarë, M
:iconl-Ellena-l:l-Ellena-l
:iconl-ellena-l:l-Ellena-l 0 0
Literature
Czas przedswitu
Ostatni dzień przed pogrzebem króla Théodena był cichy, lecz z pewnością nie spokojny. Całe Edoras zostało postawione na nogi, Rohirrimowie krzątali się w każdym niemal miejscu – część z nich dbała o dostojnych gości, część przywracała kraj do porządku, większość zaś kończyła przygotowania do żałobnych uroczystości, a także do wielkiej uczty, która miała się odbyć wkrótce po nich. Każdy jednak, bez względu na to czym był zajęty, myślami trwał przy zmarłym królu i ból wielki czuł w swoim sercu.
Nad wszystkim zaś czuwał nowy król. Éomer nie miał chwili wytchnienia, co rusz go wołano i wszędzie był ludziom potrzebny, biegał więc od jednych do drugich, nie bacząc na zmęczenie. Théoden na to zas
:iconl-Ellena-l:l-Ellena-l
:iconl-ellena-l:l-Ellena-l 1 0
Literature
Puszcza i Jezioro
Całkiem dawno temu, dawniej niż w czasie pamiętnej wyprawy Bilba, nad jednym z brzegów Leśnej Rzeki (tam, gdzie kończy się las, a z dala widać Samotną Górę), w promieniach słońca po raz pierwszy spotkali się leśni elfowie z ludem zamieszkałym w Mieście Na Jeziorze. Elfowie bacznie obserwowali ludzi od samej chwili, gdy ci się osiedlili w pobliżu ich lasu, długo też przyglądał się ludziom król elfów, sprawdzając, jakie nimi kierują zamiary. A zamiary owi ludzie mieli dobre, bo dobro gościło w ich sercach, dla siebie pragnęli jedynie spokoju i dostatku (tego samego życząc innym), zajęci byli własnymi sprawami i swoim jeziorem, które rzadko opuszczali, chyba że im czegoś brakło – wtedy wsiadali do łodzi albo wielkich statków i ruszali do Dale, a gdy jakimś cudem czegoś ta
:iconl-Ellena-l:l-Ellena-l
:iconl-ellena-l:l-Ellena-l 0 5
Literature
O Oromem i Naharze
Gdy Melkor pozbawił światła Illuinę i Ormal, a wraz z nimi zniszczył pozostałe dzieła Valarów i całą wspaniałą Almaren, krzyk zranionej Ardy zburzył spokój dziedziny Manwego i dotarł do Eru. Wiele sił utracili wtedy Valarowie w starciu ze złem dawnego brata, on sam zaś uszedł i skrył się w Utumno, zostawiwszy ich w ruinie. Odeszli tedy ze Śródziemia i zamieszkali w krainie Aman, gdzie im i uratowanym od zagłady dziełom dał Ilúvatar najlepsze schronienie. Za łaską Jedynego uczynili Aman i serce jego – Valinor miejscem wolnym od cierpienia, krainą błogosławioną, a kiedy Yavanna pieśnią wzniosła z ziemi Dwa Drzewa, wówczas nastały w Valinorze Dni Szczęśliwości. 
I zaprawdę szczęśliwi byli Valarowie, gdy odpoczywali w Valmarze zasłuchani w dźwięk d
:iconl-Ellena-l:l-Ellena-l
:iconl-ellena-l:l-Ellena-l 1 4
Literature
Koniec Ujscia Sirionu
W pamięci Eldarów wiele jest ukrytych wydarzeń i wiele z nich sięga zamierzchłych dni, tak jak to, o którym niektórzy przez wieki nie chcieli mówić, a niektórzy nie mówią do dzisiaj.
Gorzkim wspomnieniem pozostały bratobójstwa i każde z nich przyniosło krzywdę, której naprawić nie sposób – tak są umęczone serca od ciężkich ciosów, że wybaczyć nie potrafią, nowego bojąc się bólu. Lecz prawdą większą jest, że tylko tak czują, nie wie zaś nikt, czy słusznie, bo też nie było jeszcze nikogo, kto by w szczerości ducha i poczuciu swojej tylko winy przyszedł po wybaczenie.
Tym samym złem są trzy napaści i tym samym smutkiem, ale to ostatnią najdłużej pamiętają Eldarowie, bo dolała goryczy do przepełnionego już kielicha, a ich,
:iconl-Ellena-l:l-Ellena-l
:iconl-ellena-l:l-Ellena-l 2 6
Literature
Na polnoc, gdzie nadzieja
Świeć, słońce, świeć
i blaskiem dotykaj dusz,
niech im dodaje sił
do walki z tym, co kryje cień.
A ty, ziemio drżyj, drżyj, ostrzegaj nas,
z mgieł przywróć Doriath i unieś wspomnienie Amon Lanc.
Wietrze wiej, żyj wśród traw!
Budzą trwogę mknące cienie,
Sauron krzykiem niesie ból,
lecz w środku tego zła, spod ruiny serc
słyszymy wciąż nadzieję.
Nieście nas, północne drogi!
Ponieście nas hen, nad bystre strumienie.
Tam wędrówki kres, tam ostatni dom
i lasu głos spokojny.
Nieście nas!
Świeć, słońce, świeć
i blaskiem dotykaj dusz,
niech im dodaje sił
do walki z tym, co kryje cień.
A ty, ziemio drżyj, drżyj, ostrzegaj nas,
z mgieł przywróć Doriath i unieś wspomnienie Amon Lanc.
Wietrze wiej, żyj wśród traw!
Nie dopuści mknący
:iconl-Ellena-l:l-Ellena-l
:iconl-ellena-l:l-Ellena-l 2 3
Literature
O umilowanym sposrod lowcow
Do Potęg Świata podążają elfie pieśni, a najwięcej z nich trafia do uszu Vardy i Manwego; wiele też słyszą Yavanna i Ulmo. Albowiem błogosławione są gwiazdy Tintallё poskramiające ciemność i błogosławionymi zwą Eldarowie Orły Súlima, których wzrok wszystko przenika; wielce jest umiłowane życie zamknięte w dziełach Kementári, dla wody zaś, tonącej w dźwiękach muzyki Ulma, we wszystkich znanych mowach Ardy brakuje właściwego określenia. Tych to Władców najpiękniej opiewają pieśni, lecz są między Pierworodnymi też i tacy, którzy serca oddali temu, który, jak powiadają, najbardziej ukochał Śródziemie. 
Oromë. On to bowiem, jedyny spośród Valarów, więcej uroku dostrzegał w dzikich krainach Wscho
:iconl-Ellena-l:l-Ellena-l
:iconl-ellena-l:l-Ellena-l 3 8
Literature
Arum
Słońcem się śmieje nieba pan,
szepcze drzewami stary las.
A ponad rzeką długi most -
on jeden wie, gdzie jest nasz dom.
W kamiennym dworze czar już śpi,
lecz pamięć wie, gdzie sztylet był.
Wciąż magią śpiew i głośny śmiech,
i ciepło ognia, iskier deszcz.
Arum, w jego górach wieczny śnieg. Arum!
Z darów to najlepszy dla nas dar.
Arum, jego granic strzeżcie się. Arum...
Klanów straże widział każdy wiek.
Ten gród ma ducha gór,
co żyje też w walecznych sercach.
To ten gród ma ducha gór.
Deiwos tak dla nas wybiera.
Drzewami wciąż tu szepcze las
o tamtym dniu, gdy każdy z nas
przygody poznać musiał smak,
aby legendzie wiarę dać.
Żeby po wojnie z czystym złem,
więcej nie walczyć, gdzie znikł sens.
I by już nigdy więcej nikt
nie sprzedał się wraz z
:iconl-Ellena-l:l-Ellena-l
:iconl-ellena-l:l-Ellena-l 2 13
Jadwiga/Hedwig and Wladyslaw/Jogaila by l-Ellena-l Jadwiga/Hedwig and Wladyslaw/Jogaila :iconl-ellena-l:l-Ellena-l 1 0
Literature
Glos slowika
               
               W gaju cudnej Medyki, gdzie zaklęta jest ziemia,
               choć chłód wieczora mnie smaga, chociaż mi kradnie dech,
               błąkam się słaby pośród drzew starych... jak ja niemal,
               i szukam tego słowika, w którym słychać twój śpiew.
               Niebo ciemne nade mną, pod stopą mokra ziemia,
               na plecach wzrok Księżycowy, z przodu najgęstsza mgła.
               Wyraźniej woła słowik, co mówią, że go nie ma,
             
:iconl-Ellena-l:l-Ellena-l
:iconl-ellena-l:l-Ellena-l 2 9
Literature
Nocy, czarna nocy...
Wysoki, smukły - lecz postawny, i pełen powagi król elfów siedział na szerokim drewnianym tronie, całym rzeźbionym w liście i wijące się kwiaty, będącym dziełem jego ojca, Orophera.
Dookoła, między skalnymi kolumnami, wiele stało krzeseł, stołków i ław, których także dotknęła pamięć dawnych lat. Równie misterne i piękne, a zarazem bardzo wygodne, często służyły elfom szukającym wytchnienia po dniach pełnych pracy lub przygód. I tak też znów było - przy stołach zasiadło wielu z nich, w tym grupa Sindarów wmieszana pośród swoich leśnych braci.
Thranduil od czasu do czasu kierował na nich baczny wzrok, by upewnić się, że nikt nie opuścił pomieszczenia bez jego zgody. Czasy nie należały do zbyt bezpiecznych, toteż wszyscy mieszka
:iconl-Ellena-l:l-Ellena-l
:iconl-ellena-l:l-Ellena-l 0 5

deviantID

l-Ellena-l
Aleksandra
Artist | Hobbyist | Literature
Poland
Thank you all for visiting me here. Each visit is a pure joy and I'm always very happy when I can meet you and write with you.
I'm truly grateful for all: visits, comments on my works, comments on my profile, notes, favs, watching, llamas (I don't know what their function is but it's really nice to get such animal) - just thank you for whole feedback, for each word and each conversation. They are all absolutely nice, like honey on my heart :hug:

I enjoy commenting so I hope that I'll visit all of you with at least one warm word. I'll be also glad if you send me links to the works which are nice and interesting in your opinion. So, if you want to share something with me - just do it :)

If you need something and I could help, please, let me know in note :)

With love,

Ell



Polish language level NATIVE by TheFlagandAnthemGuy Learning English -animated- Stamp by Fischy-Kari-chan I Love Lithuania Stamp by PaatPoisTaiHirteen I love Poland STAMP by AleX-IshtaR APH: Pro LietPol | ver.III by xioccolate Vegetarian Stamp by Naaya-Neko DA Stamp - Nature 01 by tppgraphics -Stamp- I love Blue by MySoulBeat Stamp-Fruit Of The Spirit 5 by Jazzy-C-Oaks DA Stamp - Care About Both 01 by tppgraphics intolerance: STAMP by Captain-Nintendork Sindar stamp by AmarieVeanne Animal Rights Stamp by CatTheNinja Rohan Stamp by StarkindlerStudio King Thranduil Stamp by Oreleth Treebeard Stamp by Captain-Savvy Legolas Stamp by StarkindlerStudio Faramir smiles by Spottedfire94 Stamp Simba by HavickArt i love cyrillic : stamp by ifyouplease Sun stamp by Undevicesimus
Interests
Dears,

all the best in Christmas time (and other, of course). For those who celebrate and those who do not - a lot of joy, peace and magical moments for the last days of old year and all the best in New Year :hug:

Hugs.

Activity


Nie boją się mówić o śmierci Eldarowie i nie drżą przed nią ich serca – w przeciwieństwie do serc człowieczych. Wiedzą bowiem dobrze Pierworodni, że są przypisani Ardzie i ona będzie na nich czekać, gdy ich śmierć na chwilę zabierze.
Lecz stało się raz tak, że śmierć przeraziła Eldarów i serca im zadrżały.


Oto zginął Duch Ognisty, Fëanor, syn Finwego. Potężnym jawił się ogień, który nagle rozgorzał na ciele poległego Noldora, potężnym jak ten, co płonął w nim za życia. Powiadają, że to dusza Fëanora opuściła wówczas ciało, przybrawszy postać płomienia, gdyż płomieniowi podobny był Fëanor. Tymczasem ci, którzy w tamtym czasie trwali przy martwym ciele, opowiadali, że ogień długo jeszcze płonął na nagiej ziemi, gdy już całe ciało Fëanora przemienił w popiół. Oni zaś, wpatrzeni w języki ognia, płaczący nad ciałem, które zniknęło i którego nie mogli pochować, jedno wówczas pomyśleli – że oto się spełniła część klątwy Mandosa albo jakaś inna kara dla nich wyznaczona; że może Mandos zmienić ich przeznaczenie. I tego byli pewni przez czas długi Noldorowie, tak długi, że sam obraz Fëanorowej śmierci dawno zatarł się w ich pamięci (na tyle, że przestali się nim zadręczać), a oni wciąż szeptali o zagniewanym Valarze i jego klątwie, której w głębi serca stale się obawiali.
Tak oto Fëanor, gdy oczy jego się zamknęły, a dusza opuściła ciało trawione straszliwym płomieniem, dla świata żywych stał się martwym. Ci jednak, którzy opuścili siedzibę Mandosa, a wśród nich szlachetny Glorfindel, wiedzą najlepiej, że śmierć żadnym nie jest końcem i nie była nim nawet dla syna Finwego. Albowiem dusza Fëanora przetrwała tak jak inne.

Fëanor, pozbawiony ciała, w poświacie ognistej, spoglądał na Ardę wokół, nie widział jednak tych, co go opłakiwali, bo przed nim roztaczały się ostatnie sprzed śmierci obrazy: mocarny Gothmog i dalekie szczyty Thangorodrimu. Przeklął Balroga Fëanor, a choć nie miał już ciała, to czuł się tak, jakby płomienie wciąż go trawiły. Nie wiedział sam, dokąd powinien się udać, wokół począł widzieć tylko ciemność. Lecz wtedy właśnie odezwał się głos z oddali i Fëanor posłyszał własne imię. Poznał Fëanor, że to Mandos i zrazu złość poczuł ogromną. Pomyślał wówczas, że woli stać się duchem błąkającym się po świecie niźli stanąć przed Mandosem, sędzią umarłych. Wzywał go Valar do swej siedziby i długo nawoływał, bo gniew kazał Fëanorowi tym wezwaniom odmawiać.
Atoli niczym jest upór Fëanora wobec niezłomności Mandosa. Wiedział Mandos, że nie może przymusić żadnej duszy do opuszczenia świata żywych, lecz wiedział także, że nie powinny one w nim pozostawać, zwłaszcza te, które dopuściły do siebie zło i zasługiwały na karę. Dlatego zawołał raz jeszcze Fëanora, tym razem inaczej, jak się Fëanorowi zdało, a potem za Mandosem odezwały się inne głosy i wśród nich usłyszał Fëanor wezwanie Finwego. A wtedy odezwała się w Fëanorze wielka tęsknota i miłość do ojca i tym razem dzięki nim po raz pierwszy chłodniej pomyślał i wierzyć w tamtej chwili zaczął, że gniew w niczym mu już nie pomoże i że lepiej dla niego byłoby teraz stanąć w Máhanaxar, Kręgu Przeznaczenia niż trwać na ziemiach Wschodu. Tak to miłość do ojca skruszyła jego upór, ale zanim Fëanor odszedł do siedziby Mandosa, raz jeszcze, mimo nagłej słabości, stał się niszczącym płomieniem – bo chociaż sam ze sobą próbował walczyć, to prędko się odezwała jego natura. Ostatkiem sił wykrzyknął w pustą przestrzeń dookoła niego:
– Nie myśl sobie jednak, Valarze, że potulnie cię wysłucham!
Wtenczas, za sprawą Mandosa, Fëanor utracił świadomość, lecz wkrótce ją odzyskał, nowe witając ciemności.

Wielu spośród umarłych po usłuchaniu Mandosa i stanąwszy w jego pałacu, myśleć zaczyna, że jednak koniec ostateczny lepszy byłby dla nich i mniej przykry niż sąd srogiego Valara. Tak też przed przybyciem do Domu Umarłych sądził Fëanor i tak pomyślał raz jeszcze, szukając światła pośród mroku, który wielce go zadziwił w tym miejscu. Przyszła tedy do Fëanora posępna myśl, iż nie u Mandosa, a u Morgotha w Angbandzie dopełni się jego przeznaczenie.
A choć nadal nie drżał na wspomnienie Valarów i drżeć nie zamierzał, to wiedział, że boi się straszliwie kary, która na niego czeka.


Na próżno szukał światła Fëanor. Tam bowiem, gdzie się znajdował, ściany zdawały się nie mieć okien, a im bardziej próbował przeniknąć wzrokiem ciemność, tym większą ciemnością się wydawała, przez co Fëanor nie był już pewien, czy dom Mandosa w ogóle ma ściany, bo może jest ciemną przestrzenią bez kresu, czy też on, Fëanor, ścian tego domu nie dostrzega, gdyż daleko są od niego. „Tak czy inaczej miejsce to jest pustką”. – Tak pomyślał, głośno zaś zawołał:
– A więc niewola! Taki jest twój wyrok, Mandosie? Lecz jakim prawem?! Jakie prawo, pytam, dano ci, podstępny Valarze, byś mógł więzić tu mnie, potomka Finwego, co się zrodził nad Cuiviénen, potomka Ilúvatara? Odpowiedz!
– Nie ma Mandos takiego prawa i dobrze o tym wiesz, potomku przeklęty, który masz czelność powoływać się na więzi z Ilúvatarem!
Oto zakrzyknął rozgniewany Tulkas, którego wkrótce ujrzał Fëanor, bo po słowach Valara nagle światło rozbłysło, tak jasne i czyste, że poraziło Fëanora niczym silmaril, co parzy dłonie wroga. A tak jasne i czyste jest światło Vardy; i ją też Fëanor ujrzał.
Zebrali się wszak w pałacu Mandosa wszyscy Valarowie i nawet Ulmo powrócił ze swego morskiego królestwa, a wraz z nimi stali tam Eönwë i inni Majarowie. „Wielu przybyło, by ujrzeć moją klęskę!” – pomyślał Fëanor gorzko. – „Niedoczekanie!”.
– Witaj, Fëanorze, synu Finwego – rzekł do niego Manwë. – Długo mogłeś przed nami uciekać, błędnie jednak sądziłeś, iż zdołasz uniknąć kary.
Zakrzyknął Fëanor:
– Uciekać?! Przed wami? Oto widać jak wielkie jest Valarów mniemanie o sobie! Jak wielka była ich obłuda, gdy to mnie pychę zarzucali!
– Milcz, Noldorze! – Krzyk Tulkasa wstrząsnął siedzibą Mandosa.
– Milcz, zaprawdę! Nie trzeba nam więcej zła zasianego przez twe słowa!  – zawtórował Tulkasowi Oromë.
Pełne wściekłości było spojrzenie Tulkasa, a jeszcze więcej wrogości miał w oczach Oromë, toteż musiał ich Manwë powstrzymywać, by sami nie wymierzyli Fëanorowi kary. Atoli i pozostali patrzyli niechętnie na Noldora – i on też patrzył tak na nich, z wyjątkiem Yavanny, na którą nie chciał i nie mógł spojrzeć; i widzieli to wszyscy, a ona czuła jego lęk.
Varda i Manwë, a także Ulmo z Aulem przemawiali do niego, później zaś i inni, lecz on wcale nie pragnął ich słuchać. Tylko Mandos stał milczący i posępny i wzroku nie spuszczał z Fëanora. Wnet począł się Fëanor obawiać tego milczenia, bardziej niż krzyków reszty Valarów, ale nie pokazał tego po sobie.
– Słuchaj, Fëanorze! – Oromë krzyczał, a Fëanor miast słuchać, patrzył dokoła zimnym wzrokiem.
Ogromne jest domostwo Mandosa i umarłych – nie ma w Śródziemiu ani w Amanie drugiej takiej twierdzy, nie ma też drugiego takiego domu, co ogrom swój stale może powiększać. Poczuł Fëanor, gdy się rozglądał wokół, że wolność bezpowrotnie utraci, a na to zgody nikomu nie dawał. Nie zamierzał Fëanor stać się ptakiem zamkniętym w klatce ani światłem zamkniętym w silmarilu, toteż krążył teraz, gniewny z bezsilności, po rozległej komnacie. Nie widział jednak niczego, ni okien, ni drzwi, ni szczeliny, którą mógłby wykorzystać, gdyby tylko jakieś narzędzie miał w pobliżu. Wtem przypomniał sobie wezwanie Finwego, dlatego nie ustąpił, lecz jeszcze goręcej zapragnął odnaleźć wyjście. „Jeśli nie ku wolności, niech do ojca los mnie prowadzi”. – Tak rzekł do siebie Fëanor i udał się dalej i więcej wzrok wytężał, próbując zgłębić to miejsce tajemnicze. Lecz rozległ się głos pełen przestrogi, głos Eönwego:
– Nie szukaj sal, nie zobaczysz ich! Są przed tobą ukryte.
Nienna wyjawiła ze smutkiem:
– Nie spotkasz tu innych, ani elfów, ani pozostałych.
A gdy ujrzała zbłąkane spojrzenie Fëanora, poczęła mu objaśniać:
– Wszyscy bowiem trafiają tutaj, do domu Mandosa. Wszyscy, w których przedtem, z daru Ilúvatara, krążyła krew, którzy oddychali powietrzem Manwego. Lecz pozostają tu sami, dopóki nie zrozumieją, dopóki żal się w nich nie zbudzi.
Przerwała jej Vairë, mówiąc w imieniu męża – Mandos wszakże trwał w groźnym milczeniu:
– Ty zaś czynisz wszystko, by pozostać tu najdłużej. To widzi Mandos. Taką też będziesz miał karę, w połowie przez siebie samego zadaną.
– Z Mandosem ja się zgadzam – rzekł Manwë. – I zgadza się Ilúvatar.
Wówczas Fëanor krzyknął przeraźliwie i znów się stał podobny do ognia. Odeszli tedy od niego Valarowie i Majarowie, przejściem dla Fëanora niedostępnym, oddając go Mandosowi. Jeden tylko Manwë odwrócił się, nim zniknął.
– Żegnaj, synu Finwego! Mam mimo wszystko nadzieję, że jeszcze się spotkamy i że ujrzę cię kiedyś u stóp Taniquetilu.
Zapłonął w furii Fëanor i krzyknął za odchodzącym Manwem:
– U twoich stóp?! Niech się przed tobą płaszczą Vanyarowie, skoro pozbawieni są rozumu! Niech się płaszczy przed tobą ród Indis! Ja, Fëanor, syn Finwego i Míriel, nigdy nie uraczę cię szacunkiem. Nigdy!
Wtedy wreszcie przemówił Mandos, którego milczenie ciążyło Fëanorowi.
– Ja, Námo, pan Mandosu, kiedyś nauczę cię szacunku. Kiedyś!
I po tych słowach zniknął Mandos w przestrzeni swej siedziby i nie zdążył nawet na niego spojrzeć Fëanor. „Kiedyś!”. – Wciąż złowrogo pobrzmiewał głos Valara, niczym złowroga kpina, aż w końcu przestał być ogniem Fëanor (choć nie przestał się gniewać), bo zrozumiał, że nawet on, Fëanor, syn Finwego niczym nie zdoła, nawet słowem, pokonać Mandosa.


Tak oto został Fëanor sam ze sobą i długo przebywał w samotni, pośród tych przedziwnych ciemności przystających do miejsc pełnych grozy i pełnych zła, a przecież tak wielce od nich oddalonych. Nieznośna cisza dawała mu się we znaki, bo przy niej myśli własne głośniej jeszcze krzyczały do niego; gorsze jednakże od ciszy były dźwięki, które raz po raz ją przerywały – nie miał pewności Fëanor, czy słyszał valarskie rogi i lutnie grające ku jego zgubie, lecz w szepty wokół obecne wierzył żarliwie i wiele spośród nich brał za znajome. Wołał do tych szeptów syn Finwego, prosił nawet, sam tego niepomny, ale one wciąż tylko mówiły, nigdy zaś nie rozmawiały. Wkrótce począł sam do siebie przemawiać, a choć nie mówił już tak pięknie jak dawniej, bo nie panował nad słowem i plątał się straszliwie niczym istota bez zmysłów, to słuchali go wszyscy; i wokół szepty ucichły – byli bowiem słuchający ich właścicielami.
Wyrzucał z siebie słowa Duch Ognisty, wpierw nienawistne i gorzkie, później zaś żałośliwe i pełne smutku i jedne z drugimi często się splatały, a on próbował je rozdzielić. Jednak nie tylko myśli i słowa go nękały, lecz także sny, chociaż Fëanor wątpił w to, że śnić jeszcze może – bo czy też śnić mogą umarli? Sądził zatem, że to jedynie snu wrażenie, przez czary Mandosa sprawione. Nie sposób odpędzić moc Náma z jego własnej siedziby – o tym pamiętał Fëanor, jednakże póki siła w nim pozostawała, póty czarom próbował się opierać.

Nie wiedział nikt z Eldarów i nie wiedział sam Fëanor, ile czasu trwał w swej pustelni. Nie odliczał on ani godzin, ani dni, ani lat, a jeśli nawet liczył je z początku, to dawno już przestał, pokonany bezczasem miejsca. Czy dzień, po stracie Drzew ciemny, akurat panował za murami pałacu, czy noc prawdziwa błyszczała gwiazdami – Fëanor również nie wiedział i nad tym najwięcej ubolewał, wciąż wszak był elfem, oni przeto wolą mieć świadomość widoku Ardy i jej uroku niźli upływu czasu. W takiej niespodziewanej tęsknocie westchnął Fëanor i szeptem wypowiedział imię tej, która wiele daje światu, a której on sam wiele odebrał. Lecz Yavanna nie przyszła, bo Fëanor nadal nie był gotów, by ją spotkać.

Zjawili się jednak, przynosząc ze sobą blask, Irmo i Vairë, a wraz z nimi Nienna, która jest współczuciem. Wówczas przypomniał Irmo ze smutkiem, że odebrał Fëanor Míriel, swej matce, ducha i z dwakroć większym smutkiem dodał:
– Wielki był duch w ciele Míriel, wielki i dobry. Dlaczego więc i ty takim się nie stałeś? Dlaczego nie uszanowałeś tego poświęcenia i daru?
Odczuł potężny wstyd i ból Fëanor i przez chwilę zapragnął stać się nicością, by tak zadośćuczynić biednej matce, atoli wciąż nie wyzbył się do końca złych uczuć. Zapłonął w gniewie:
– Gothmog ze śmiercią odebrali mi ciało, teraz Mandos odbiera mi ducha. Bądź więc uszczęśliwiony, Mandosowy wspólniku!
Westchnął Irmo, a było to westchnienie dalekie od tych, które słyszano w jego ogrodach zwanych Lórien.
– To jeszcze nie czas – rzekł do Vairë.
Fëanorowi zaś odrzekł:
– Płynie pośród ogrodów moich i Estë potężny strumień, co przywraca spokój i koi cierpienie. Pamiętasz? To jest część królestwa, którym władam wraz z Estë i tam nasz dar uleczania większą ma moc niźli gdzie indziej. Wodę z tego źródła może ci przynieść Estë, lecz pamiętaj, Fëanorze: Ty najpierw sobie pomóc musisz, od ciebie najwięcej zależy.
– Nie potrzeba mi waszego źródełka! – rzucił Fëanor drwiącymi słowami, bo nie mógł znieść litości.
Wtedy głos zabrała Vairë.
– Fëanorze. Fëanorze!
I uniosła rękę, nucąc cicho i Fëanor ujrzał wreszcie ściany Mandosu – wysokie, jakby się pięły do przestworzy Manwego, potężne, jakby je Aulë wyrzeźbił i ciemne jak wszystko wokół (jak oczy Mandosa, gdy wygłasza proroctwa), choć oświetlone blaskiem pochodni.
Wskazała Vairë dłonią, a Fëanor, przyjrzawszy się, spostrzegł na ścianach wiele obrazów, tak wiele, że się zdawały nie setkami czy tysiącami, a nieskończonością. Poznał Fëanor, że to dzieje Ardy. Wtem posłyszał głos Vairë.
– Oto moje dzieło, które tworzyć będę przez wieczność. Oto obrazy, które wyplatam, słysząc o waszych istnieniach i czynach. Możesz, Fëanorze, dopomóc mi w tkaniu – sprawić, że więcej w tym radości niż bólu zaznam. Z waszych losów splatam obrazy, losy zaś własne wy pleciecie sami. Od ciebie tylko zależy, jaki obraz utkam z twojego losu, od ciebie jedynie zależy, czy znów ujrzysz ogrody Irma i Estë, czy znów staniesz na wiecznie zielonych łąkach Yavanny.
– Nie mów mi o niej! – warknął tedy Fëanor niczym zraniony wilczy pies. – I przestań kłamać, przestańcie oboje! Nic bowiem ode mnie już nie zależy! Mandos zabrał mi wszelką wolność. Więzi mnie tu, a dopóki nie odzyskam wolności i nie odzyskam ciała, nie będę pragnął odzyskać dobrej woli.
– Twój upór w niczym ci nie pomoże – rzekła Nienna łagodnie. – Takim uporem nigdy nie zbliżysz się ku wolności, którą sam sobie odebrałeś.
– Cóż możesz wiedzieć o wolności, płaczko? Ty, która uciekasz przed radością! Ty, którą uwięziły łzy.
– Powstrzymaj się, Fëanorze! – krzyknęła Vairë tak, jak potrafi krzyczeć Mandos i zląkł się jej, wbrew sobie, Fëanor.
Nienna jednak objęła Vairë, a do Fëanora uśmiechnęła się smutno, lecz był jej uśmiech w tym smutku piękny. I rzekła:
– Wiem o słońcu i o ludziach – Drugich Dzieciach. Tak jak o wielu innych rzeczach, o których ty nie wiesz nic przez to, że jesteś tutaj. Powiedz mi, Fëanorze, czym jest słońce i jak wygląda? O wschodzie, zachodzie. Jak wyglądają Drugie Dzieci? Beren, Tuor. Eärendil… O półelfach także nic ci nie wiadomo… Przez to, że jesteś tutaj. Przez to, że tu trafiłeś. Przez to, że czyny własne los twój tu pchnęły…
Zamilkła nagle Nienna, ku rozpaczy Fëanora, bo oto rozpaliła w nim ciekawość, oto zapragnął słuchać; i nie rzekła nic więcej, zgodnie z życzeniem Mandosa, lecz nie odeszła, mimo że Irmo powtórzył: „To jeszcze nie czas”.
Milczała Nienna, ale pozostała przy Fëanorze i chwile długie przy nim trwała, gdy go już opuścili Vairë i Irmo. I czekała cierpliwie, nucąc słodkie pieśni, aż będzie Fëanor gotów do zrozumienia.



Czas mijał na Ardzie, a Fëanorowi dłużył się i przykrzył bezczas w Domu Umarłych, gdzie znów poczuł się samotny, kiedy Nienna wróciła do swej siedziby. Zazdrość też lekka go kłuła, którą próbował zwalczyć, na myśl, że nie tylko jego Nienna odwiedza i nie tylko jemu pomaga w tym przybytku dusz. Wtedy właśnie do Fëanora, wpatrzonego w obrazy Vairë, przyszedł Mandos.
Usłyszał bowiem Námo, jako jedyny, ciche i gorzkie łkanie Fëanora.
– Czego chcesz, Mandosie? Zostaw mnie w spokoju! Odejdź! Czyś całkiem stał się głuchy?
Wtenczas rozniosło się echo, powtarzając: „głuchy, głuchy, głuchy” i zadrżał Fëanor, czując, że to do niego krzyczą ściany.
– Głuchy i ślepy byłeś, Fëanorze – odezwał się Mandos. – I nadal taki jesteś.
– Nie! – krzyknął Fëanor, a Mandos usłyszał rozpacz.
Spytał Námo Fëanora:
– Cóż znaczy twoje „nie”?
Fëanor milczał, ale Mandos wiedział. Rzekł Valar:
– Nawet w ostatnim tchnieniu mówiłeś jedynie o tych klejnotach, Duchu Ognisty! Teraz za to widzę, że zacząłeś rozumieć. Lecz nie żałujesz i nie pragniesz cudzego wybaczenia…
Znów się uniósł w szaleństwie Fëanor:
– Mnie, mnie wszyscy winni błagać o wybaczenie! Mnie, którego okradli: z ojca, własnych dzieł i honoru! Lecz niech się nie trudzą, ja bowiem im nie wybaczę! Niech im…
– Nie waż się składać przysiąg w Domu Umarłych! – zakrzyknął Mandos tak przeraźliwie, że aż wygasł ogień w Fëanorze.
A potem mówić zaczął ciszej:
– Wielka była twoja duma, gdy wzywałeś w przysiędze Wieczne Ciemności, acz ja ci powiadam: Choćby twoja pycha stała się ogromna jak mój pałac, nigdy nie staniesz obok Morgotha!
Zdumiał się syn Finwego, więc mu Mandos powiedział:
– Wiele już chwil tkwisz tutaj, w samotni, i wiele się w tym czasie wydarzyło na Ardzie poza moim pałacem. Wiedz, że wróg twój, a mój dawny brat, uwięziony został w Pustce.
I mówił Mandos dalej:
– Wciąż mały przy nim jesteś w swej nienawiści i wciąż tli się w tobie nadzieja. Nie pragnij dla siebie Pustki, taką ci daję radę. Tam nie ma Finwego i twoich synów!
– Cóż więc im uczyniłeś? Mów!
– Nie ja im uczyniłem – rzekł Mandos.

A kiedy wybrzmiały słowa Mandosa, wówczas mgła przedziwna, prawdziwa jasność pośród mandosowych ciemności, utworzyła się przed Fëanorem i wkrótce dojrzał w niej siebie samego i posłyszał, jak składa przysięgę. Na dźwięk tamtych słów tym razem nie rozgorzał, ale zimno przeraźliwe go dosięgło. Potem ujrzał wszystkich synów powtarzających za nim słowa i poczuł, że mróz go chwyta boleśniejszy od mrozu Helcaraxë. Niebawem wizja zniknęła, lecz nie był to koniec sądu Mandosa. Inna wizja powstała i Fëanor już nie słowa, a czyny synów swoich obserwował – okrutne i niegodne Pierworodnych, niegodne istot, których Ojcem jest Ilúvatar, co w tej chwili dopiero zrozumiał, gdy nie był zajęty szaleńczym czynem i gdy mu Mandos przykazał patrzeć.
Widział w tej strasznej chwili wszystkie ofiary, synów i swoje. Widział, jak spoglądają w jego stronę Teleri Olwego, cali we krwi, i dostrzegł w ich oczach smutek głęboki. A potem zakrzyknął z bólu, bo z ran Telerich wysunęły się ostrza mieczy; sami zaś Teleri patrzyli teraz na niego, w oczach mając bezbrzeżne zdumienie, co w jeszcze inne się zmieniło, gdy w niemym geście dotykali miejsc, w które wbili miecze Noldorowie – tego rodzaju zdumienia nawet Fëanor w czasach swej świetności nie potrafiłby słowem opisać. Wtedy to zaczął Fëanor przeklinać własne szaleństwo. I słyszał to Mandos, lecz sądu nie przerwał.
Nie zdążył odnaleźć spokoju Fëanor, bo po Telerich ukazali się Sindarowie Elwego zwanego Thingolem, przyjaciela ojca Fëanora, Finwego. Spostrzegł Fëanor stosy zabitych w drugim bratobójstwie; patrzył, jak Nimloth, krewna Celeborna, otwiera medalion i pokazuje dwoje elfiąt – przeczuł, że to byli jej synowie, a potem dostrzegł, jak mu powiedział Mandos, Diora, syna Berena-człowieka i wnuka Elwego i nigdy już nie zapomniał tego spojrzenia Diora, co mogłoby większy nawet od Fëanorowego ogień zdusić.
Wkrótce zobaczył trzecie z bratobójstw, napotkał spojrzeniem Sindarów i braci swoich, Noldorów, skupionych wokół Elwing i Eärendila – tak ich Mandos nazywał. I zdało się Fëanorowi, że wszyscy w Sirionie płaczą łzami podobnymi do silmarilów.
Ujrzał Fëanor trzy bratobójstwa, największe spośród zbrodni jego rodu, jednak Mandos miał dla niego coś jeszcze. Oto przed Fëanorem ukazywać zaczęły się inne obrazy z życia jego synów, nie mniej straszliwe od poprzednich. Patrzył więc Fëanor, jak synowie jego napadają na Berena i Lúthien, jak niecnie planują pozbyć się Finroda, jak wygrażają śmiercią Elwemu, jak pogardzają Eölem i wywyższają się nad niego. W końcu Mandos pokazał Fëanorowi Maglora i Maedhrosa w ostatniej ich próbie i widział Fëanor, jak najmędrsi z jego synów, łagodni niegdyś jak ich matka, mordują strażników Eönwego i jak później przeklinają swój los.
– Za tobą poszli, twoja to zasługa. – Usłyszał głos Mandosa. – Acz ich największa, bo ich to były czyny, ich rękoma sprawione, ich własnym szaleństwem powodowane.
– Przestań – poprosił, ku zdumieniu samego Náma, Fëanor.
Rzekł Mandos:
– Ty nigdy nie przestałeś. Dlaczego więc teraz ja miałbym się powstrzymać? Powiedz mi, Fëanorze. Dlaczego?
– Proszę, Mandosie – ja, Fëanor, syn Finwego! Nie słyszysz? Ty nigdy nie słuchasz! Wciąż tylko mówisz i przepowiadasz. Zsyłasz klątwy, więzisz dusze…
– Dość mam ciebie, synu Finwego! – Przeraźliwy był ten krzyk Mandosa.
W tamtej chwili pomyślał Fëanor, że zbyt już się naraził Mandosowi i wydało mu się, że bezczas umknął z sal Mandosu, nad nim zaś, Duchem Zanadto Ognistym, odmierzać poczęto ostatnie godziny.
– Przychodzą do mnie wizje, lecz nie zsyłam klątw, bo klątwy każdy na siebie sam zsyła. Sądzę dusze i mam je pod opieką, lecz nie są moimi więźniami albowiem same przychodzą do mnie. – Nie drgał już groźnie głos Mandosa. – I ty się zjawiłeś na moje wezwanie, z własnej woli, o której myślisz, że ci ją zabrałem. Zgodziłeś się na ten Dom, więc zgodzić się powinieneś z jego prawami.
Znów milczał Fëanor, nie znajdując słów dla Mandosa. Ten za to ponownie przemówił:
– Nigdy nie przestałeś. To ty, synu Finwego, ty zaprawdę nie słuchałeś. Nie raz cię ostrzegałem, lecz nie usłuchałeś moich słów. Nie zawróciłeś z drogi, choć zawsze był na to czas.
– Nie!
– Tak, Fëanorze. Zawsze był czas. Wy tylko myśleliście inaczej.
– Przysięgaliśmy!
Zaśmiał się ponuro Mandos.
– Wierzyliście, że musicie ją wypełnić, a zapomnieliście, jakże łatwo, że dał wszystkim Ilúvatar wolną wolę! W braku mądrości nie wiedzieliście, że dobrem byłoby złamanie słowa. Ilúvatar dał wam wybór. Nie sprostaliście próbie.
Poczuł Fëanor, że życie wszelkie, jakie mu w Mandosie zostało, go opuszcza. Rzekł w rozpaczy:
– Niechże tak będzie, niech mnie pochłoną Wieczne Ciemności! Takiej chciałem dla siebie kary i taką wolę od twojego wyroku.
– Szaleńcze! Czy nie rozumiesz? Dobro nie może przyjmować zła! Nie przyjął nigdy Ilúvatar waszej przysięgi i nie przyjęli jej Manwë wraz z Vardą, których wezwaliście na świadków. Nikt nie zmieni woli Ilúvatara poza samym Ilúvatarem, nikt, żadna przysięga. A Eru mówi, że miejsce umarłych nie znajduje się w Pustce, lecz w Domu, gdzie ja jestem strażnikiem. Tylko ci, co na zawsze wyrzeką się Eru i których On sam tak osądzi, skazani mogą być na Pustkę.
Długie chwile rozmyślał Fëanor, aż w końcu zdobył się na odwagę, by spytać Mandosa:
– Cóż więc za karę masz dla mnie?
Odpowiedział mu Námo:
– Eärendilowi zawdzięczacie nasze przebaczenie i jego to zasługa, że więcej was nie przeklinam. Nie klątwę prawdziwą, a karę za wasze przewiny głosiłem i tamtych słów nie zmienię – karę musi ponieść twój ród, nie za słowa haniebne, co pozostaną słowami, lecz za czyny, gdyż one was zgubiły i przez was zgubiły też innych. Litują się nad wami wasze ofiary, lecz pamiętaj, co ci dawno temu rzekłem: Litość ofiar nie uchroni cię przed karą i sądem Eru! I tak będzie.

Wówczas ciemność przeraźliwa znów nastała i znów zniknęły ściany Mandosu. Światło jednak wkrótce zabłysło w oczach Mandosa i oto Mandos orzekł:
– Ty, który niegdyś władzę miałeś nad słowami – przez słowa poległeś, boś później źle nad nimi panował.
Zobaczył tedy Fëanor następne obrazy z dawnych dni i usłyszał głos własny obrażający przyrodnie rodzeństwo i Indis, a potem groźbę wymierzoną w Fingolfina, o którego najbardziej był zazdrosny. Na końcu zaś raz jeszcze posłyszał słowa okrutnej przysięgi, w której śmiercią groził każdej żywej istocie.
Rzekł Námo:
– Ty, który twórcą jesteś palantírów, widzących kryształów – podobny stałeś się do ślepca, wzrok twój bowiem przestał sięgać daleko.
Teraz posłyszał Fëanor głos Morgotha i własne myśli, które w tamtym czasie zgodne były z podszeptem wroga. Żałował wielce, że tak łatwo dał się zwieść, choćby na chwilę krótką, że tak lekko innych osądzał i równie wielce żałował tego, co mu zazdrość o ojca przyniosła.
– Ty, który stworzyłeś lampy, co wiecznym światłem o barwie nieba, dziedziny Manwego, zdają się płonąć, współtwórco silmarilów – nie zdołałeś zachować światła własnej duszy i światło skradłeś Yavannie. I nigdy nie spojrzałeś w przestworza, by szukać w nich Manwego.
Ujrzał Fëanor Yavannę i siebie samego; znów usłyszał, jak wykrzykuje, że to do niego silmarile należą. Później słuchał, jak odmawia powrotu do Valinoru, jak przekleństwami rzuca ku siedzibie Valarów, jak wyśmiewa rady Nerdanel i jak w chwilach następnych rozkazuje spalić statki.
– Ilúvatarze. Cóż my uczyniliśmy… Cóż ja uczyniłem…
Zniknęły ciemności, na nowo zapaliły się pochodnie, a Mandos przemówił:
– Fëanorze, synu Finwego, doskonałe były dzieła twoich rąk.
Odżyła w Fëanorze część dawnej dumy.
– Lecz nie jest doskonały twórca, który istoty dzieł własnych nie rozumie.
Zrazu poczuł złość Fëanor, jednak gniew, ku jego zdumieniu, w cichą zgodę się zmienił. Rację miał bowiem Mandos.
Raz jeszcze pomyślał o swej rodzinie Fëanor, a myślał także o tych, których pokrzywdził: Indis i jej synach – teraz nazwałby ich braćmi prawdziwymi i kochałby ich tak, jak potrafił kochać Finwego. Ale Mandosa tylko o synów zapytał i on mu o nich opowiedział. Nie chciał wszak słuchać Fëanor ani o ich śmierciach, ani wnuka, Celebrimbora – jedynego z jego rodu, który nie zawiódł  Ilúvatara; lecz nie zakrył tego przed nim Mandos. Powiedział mu też Námo o Finwem i jego poświęceniu dla dobra Míriel oraz Indis.
– Finwë pozostał w tym Domu, by twoja matka mogła go w ciele opuścić. Wszelako i ona jest blisko ciebie, bo zapragnęła pomagać Vairë.
– Czy ojciec mój zostanie tu na zawsze? – spytał Fëanor z żalem.
– Nikt nie wie na pewno, co się w przyszłości wydarzy – odrzekł Námo. – Nawet ja sam nie wiem wszystkiego. Tylko Ilúvatar zna w pełni własne zamiary, choć nawet i on pewien być nie może, wszakże myśli często przychodzą znienacka lub nieproszone i albo podtrzymują nas w duchu, albo każą zmienić nasze sądy.
Nabrał nadziei Fëanor i wtedy zapytał o Indis, o braci swoich – Finarfina i Fingolfina i o siostry swoje, o których często zapominał – Findis i Írimë.
– Czy żałujesz teraz swoich uczynków wobec nich? Czy żałujesz, żeś odmawiał im miłości?
Zamilkł Fëanor, lecz wiedział Mandos, że żal Fëanora jest szczery i tylko reszta Fëanorowej dumy nie pozwala mu się przyznać. Znów zadał pytanie Námo:
– Dlaczego nie pytasz mnie o Nerdanel?
Prędko odparł Fëanor:
– Nie będę cię o to prosił!
– Lecz ona jest prawdziwym dowodem ciebie, tego, że wciąż kochać potrafisz. – Tak mu rzekł Mandos. – Słuchaj więc: Wielkie zmartwienie jej przyniosłeś, kiedy porzuciłeś ją i Valinor.
– I ona mnie porzuciła!
– Ona tylko ma w sobie mądrość prawdziwą, ona jedna z twojego domu.
– „Ma”, powiedziałeś! A więc Nerdanel żyje jeszcze.
– Tak – odpowiedział Námo. – W Tirionie, u boku Indis. Żyje jeszcze, choć przez ciebie serce mogła mieć martwe. Duch jej jednak nigdy nie był mniej silny od twojego.
– Czy wrócę kiedyś do niej?
Cisza długa nastała po Fëanorowym pytaniu. Wreszcie Mandos przemówił:
– Na wieki pozostaniesz w tym miejscu i nie będziesz oglądał chwały Valinoru, który tak chętnie niegdyś opuściłeś – cóż masz teraz? Ani widoku Amanu, ani własnego królestwa na Wschodzie!
– Nie! Mandosie!
Dodał Mandos, widząc trwogę Fëanora:
– Będziesz mógł powrócić, gdy przyjdzie czas Dagor Dagorath, Bitwy Bitew. Wtedy, jeśli wola ci pozwoli, odzyskasz silmarile i oddasz je Yavannie, pomagając w wielkim czynie i odzyskując honor.
– Skąd możesz wiedzieć?
Powiedział Mandos:
– Mnie dane są wizje, los twój od ciebie tylko zależy – a teraz także od Eru, który po mnie cię osądzi. Nie spotkasz przed Ardą Uzdrowioną ani Nerdanel, ani innych współplemieńców i tutaj też Noldorów nie spotkasz do tego czasu. Lecz wolno ci przekazać słowo dla Nerdanel, wówczas Nienna, gdy uwierzy w twoją skruchę, zaniesie Nerdanel pociechę. Albowiem żona twoja więcej na nią zasługuje niż ty.
Westchnął ciężko Fëanor, a Mandos zwrócił się do niego:
– Pójdź za mną, Fëanorze, synu Finwego.
Spytał Fëanor:
– Dokąd chcesz mnie zabrać, Mandosie?
– Do tych, którzy czekali na ciebie i wciąż czekają.
Zdumiał się Fëanor.
– Ojciec mój? Synowie? Mówiłeś przecież, że przez wieki krewnych nie ujrzę!
– Nie – Mandos odpowiedział. – Ci, którzy dawno już wybaczyli, lecz wciąż od ciebie skruchę pragną usłyszeć. Z nimi wolno ci przebywać tak długo, jak oni zniosą twoje towarzystwo.
Fëanor ani jednym nie odezwał się słowem, strach nagły bowiem nim zawładnął.
– Czy pójdziesz za mną, Fëanorze? – Głośno ponowił Námo pytanie.
Wówczas dało o sobie znać echo. „Fëanorze”, „Fëanorze” – w nieskończoność zdawało się wybrzmiewać imię elfa. Lecz w końcu Fëanor zawierzył nadziei i stanął przed Mandosem, bliżej niż kiedykolwiek przedtem, kiedy to jeszcze go raczył gniewem i gdy się go obawiał. A potem spojrzał mu w oczy tak odważnie jak dawniej, gdy go Valarowie wezwali do Kręgu Przeznaczenia – jednak teraz inna odwaga w nim mieszkała, a on sam nie był już płomieniem. I odrzekł Fëanor:
– Tak, pójdę.
O powrocie Feanora do Valinoru
Napisane pod prompt Naamah, który brzmiał: "Námo i Fëanor/Fëanorianie? Właśnie sobie wyobraziłam, jak funduje tatuśkowi terapię szokową a'la Húrin; coś na zasadzie "a teraz siedź i patrz, do czego doprowadziłeś".

Tekst oparty na Silmarillionie, oczywiście plus wzmiankach z HoME (Morgoth's Ring - o Mandosie, o duszach, o tym, że żadna nie ucieknie przed sądem i Eru, nawet te, co odmówiły wezwaniom Mandosa i błąkają się po Ardzie, itp.).

Sama z siebie kijem bym Feńka nie ruszyła (długopisem/klawiszem też nie), ale Naamah chciała, to ma. 

#teamMandos ;)
Loading...
Spośród wszystkich valarskich braci trzech dzieli literę imienia: Manwë, którego zwą Súlimem, Melkor przezwany Morgothem, co od dawna już między Valarami nie ma miejsca, lecz Valarom nie przestał być bratem, a także Mandos, który pod innym mianem zrodził się z myśli Eru – jest bowiem Námo pierwszym Mandosa imieniem, atoli to w drugim, nadanym mu przez Dzieci, więcej odnalazł ze swej istoty i pod tym częściej się skrywa.

Ich to w różnym czasie wybrał Ilúvatar, by w jego imieniu przemawiali na Ardzie, u początku zaś wiele im podarował. Każdy z nich bowiem zrodził się z mądrością i wzrokiem przenikliwym, choć Melkor z początku we wszystkim przewyższał braci. Równi są wobec siebie wszyscy Valarowie, jednakże światła swego najwięcej przelał Eru w Melkora, potem zaś w Manwego i Mandosa (a także w Ulma, lecz nie o nim jest ta opowieść), jakby w nich właśnie swoje największe widział podobieństwo. Dał im Eru w różnym czasie jasność, by uczynili z niej pożytek i tak też się stało. Mądrość wspaniała urosła w Melkorze i on urósł wśród braci, a oni chętnie go wtenczas słuchali. Mądrość wielka dotknęła także Manwego, ale na początku świata był przy Melkorze dzieckiem, z umysłem najbardziej czystym i niewinnym, i wielu rzeczy nie objął jeszcze wtedy myślami. Mądrości Mandosa nikt prawie wówczas nie spostrzegł, lecz Eru widział ją wyraźnie.

Czerpali w tamtym czasie wszyscy bracia z mądrości Melkorowej, mądrości największej, swoje własne przy tym wciąż odkrywając, aż stało się w końcu tak, że nadszedł czas próby, o którym żaden z braci nie wiedział i którego żaden nie przeczuwał – oto sprawdzał ich mądrość Ilúvatar podczas Wielkiej Muzyki. Wówczas okazało się, że największy z nich, Melkor, próbie nie sprostał, bo inną ścieżką, ścieżką straszliwą, podążał jego umysł. On to, najwięcej obdarzony przez Ilúvatara, odwrócił się od braci, nade wszystko zaś od Niego, czym wielki ból Mu zadał. Powiadają na Ardzie, że wówczas utracił Melkor wszelką mądrość i że tylko bystrość myśli mu pozostała, połączona ze straszliwą przebiegłością; atoli wierzą jeszcze w jego mądrość słudzy i on sam jest jej pewny, nawet w Pustce, w której tkwi uwięziony.
Przeszedł za to próbę Manwë, radując tym Eru, choć wiele jeszcze chwil musiało upłynąć, nim mądrość Manwego rozkwitła niczym kwiat po długiej trosce Yavanny. Wybrał go jednak Eru, umiłowawszy najbardziej, i powierzył mu opiekę nad Ardą; znał bowiem Eru serce tego Valara i jasność w nim dojrzał najświętszą.
Także Mandos przyniósł pociechę Ilúvatarowi, gdy mądrość jego nie zniknęła jak mądrość Melkora, ani nie wzrosła jak mądrość Manwego – szepczą niektórzy Majarowie, że wzrosnąć nie mogła, bo nie może rozkwitnąć kwiat od dawna rozkwitły.

Różne były mądrości trzech braci, tak jak różne były ich pragnienia oraz role, jakie im Eru wyznaczył, a zgodniej z prawdą: wskazał jedynie, oni tymczasem losem swoim pokierowali. Melkor pragnął władzy, lecz nigdy jej nie otrzymał na zawsze i zawsze ponosił klęskę – tak przeto winni kończyć ci, którzy pragną władać Ardą, by władzę mieć nad jej mieszkańcami miast władać nią, by całą trzymać w opiece. Súlimo serce ma czyste i pragnieniem władzy nieskażone, dlatego jego, a nie Melkora, uczynił Eru Najwyższym Królem Ardy, największym jej opiekunem. Nie pragnie Manwë władzy nad innymi, jest jednak ozłocony na szczycie Taniquetilu u boku Vardy i wielbiony przez Eldarów, a siostry i bracia często podlegają jego postanowieniom.
Lecz choć króluje Ardzie Manwë, a wzrok jego sięga zaprawdę daleko, to wiele przed nim spraw umyka i od błędów nie jest Manwë wolny, co nie raz się okazało. Inny od niego jest Mandos i inny od Melkora. Nie dostał nigdy Mandos, ni na chwilę krótką, władzy z rąk Eru, nie nad Ardą, którą wraz z braćmi dośpiewał w Wielkiej Muzyce. Panem jest jedynie własnego domostwa, choć sam woli zwać się strażnikiem – daleko mu wszak do pragnienia wszelkiej władzy, o czym pamięta nawet w dniu sądu; o wszystkim Mandos pamięta i o wszystkim niemal wie, tak go obdarzył Ilúvatar, dając wiedzę tam, gdzie dla władzy nie było żadnego miejsca. Nie jest królem Ardy strażnik i sędzia umarłych, choć większym królem mógłby być niźli Manwë albowiem to Mandos jest największą sprawiedliwością i mędrcem największym pośród Valarów i najlepiej zdaje się rozumieć zamysły Ilúvatara, na pewno zaś rozumie wszelkie istoty, których nauczył się w swoim Domu i których po dziś dzień uczy się na Ardzie. Nie jest królem Ardy Mandos, którego wielu nie pragnie słuchać bądź też wielu jego słów nie pojmuje. Nie jest też ozłocony Mandos w swej ponurej siedzibie, gdzie częściej żalem i skargą go witają niźli błogosławieństwem, nie jest spowity jasnością błękitu i wielkie orły nie gromadzą się wokół niego. Mandos bowiem okrył się czernią, co, choć przywodzi na myśl Melkora, zła wcale nie oznacza; nad głową zaś jego często krążą stada ptaków tak czarnych, jak czarna jest jego szata – lękają się ich żyjący, lecz Mandos darzy kruki miłością, a ma jej tyle, co siostra jego, Nienna; nie widzą jednak jego miłości ci, co go spotkają.
Nie jest królem Ardy Mandos, bo królem być nie pragnie i bratu swemu nie zazdrości. Wie wszak dobrze, jakie to brzemię, gdyż sam podobne nosi i sam żyje od radości do utrapienia – taka jest przeto dola sędziego-opiekuna i taka jest dola jasnowidzącego. Atoli Manwemu śpiewają na Ardzie ku osłodzie i siły dodają jego głosowi, Mandosowi zaś tylko posyłają milczenie; więc milczy Mandos tak jak oni i staje się dla nich tajemnicą.



Objaśnienia:

"atoli to w drugim, nadanym mu przez Dzieci, więcej odnalazł ze swej istoty" - tutaj mi się o etymologię rozchodzi (dalekooo mi do językoznawcy, ot, zerknęłam z ciekawości w źródła i wykorzystałam w fiku) i subtelną różnicę w znaczeniu imion Námo oraz Mandos :) (źródło mi podaje: Námo=Sędzia, Mandos= Pałac Opieki lub czerpiąc ze staroangielskiego - kurka, dawno o Rohanie nie pisałam ;P - więc czerpiąc z niego: włodarz/mistrz/gospodarz (z tego, co pamiętam nawet: matka) domu umarłych -> więc bardziej opiekun niźli sędzia, bardziej litościwy niźli surowy ogłaszacz wyroków - pewnie, mieszanka, ale ze wskazaniem ;)).

Wywaliłam z tekstu, na etapie pomysłów, jeden fragmencik:

"Trzech ich wzrastało w wielkiej mądrości, a choć każda była innego rodzaju, to żyli bracia ze sobą w harmonii - wtedy właśnie, gdy trwali obok siebie (a kiedy Melkor nie wybierał samotności), jedna to była mądrość, w której Eru widział pełnię. Jednakże nic i nikt nie trwa wiecznie, nic i nikt poza Ilúvatarem oraz tymi, których stworzył; tak jak nie może trwać w wiecznej pełni Księżyc, tak trwać nie mogła wiecznie pełnia trzech braci".

Bo mi zbytnim happy end... eee... happy beginningiem zapachniał ;) I w ogóle zbytnia harmonia u Melkora mnie zastanowiła i sobie odpuściłam, ale zamieszczam jako ciekawostkę ;)
O wybranych przez Iluvatara
Dla Naamah. Napisała mi: "Námo... Oj, biedny Námo, którego nikt nigdy nie słucha ;). Powinien był już dawno zdetronizować Manwëgo..." i tak się ten tekst napisał ;) (od zawsze uważam tak samo, Mandos by się bardziej na króla Ardy nadał).

O wybranych przez Eru czyli o mądrości i inteligencji ;)
Loading...
Kiedy Bilbo Baggins opuścił Shire i w końcu dotarł do Rivendell (wszak często zbaczał z Gościńca), radość Elronda nie miała granic. Elrond bowiem wiedział – swym tajemnym sposobem, jak nazywał jego zdolności Bilbo – o wędrówce hobbita i słusznie przeczuwał, że ten będzie zmierzał (czy też stopy same go poniosą) ku elfiej dolinie. Martwił się jednak Mistrz Elrond wydłużającym się wyczekiwaniem. „Nawet starszy, znużony hobbit nie szedłby tak długo” – zastanawiali się elfowie w Ostatnim Przyjaznym Domu. „A jeśli coś złego przydarzyło się na jego drodze? Podróżowanie Gościńcem nie należy do bezpiecznych”. „Przecież mieli z nim być krasnoludowie!”. „Lecz mogli się rozstać i pójść w swoją stronę”.
Zaniepokojony Elrond postanowił czym prędzej wysłać zwiadowców, aby odszukali hobbita – i już zdążył im wydać polecenia (choć Elrond, jak sam kiedyś rzekł, bardziej radził niż rządził), gdy oto w Ostatnim Przyjaznym Domu nastało poruszenie, otwarto drzwi i wśród swoich elfów Elrond dostrzegł tego, którego tak oczekiwali.
– Witajcie! Witajcie! – zawołał radośnie Bilbo, wymachując dziarsko podróżnym kosturem. – Witaj i ty, Mistrzu Elrondzie! W końcu znów się spotykamy – cóż za szczęście w tych niezbyt szczęśliwych czasach!
Elrond pozdrowił gościa w śpiewnym języku elfów, a niektórzy z jego domowników ukłonili się grzecznie. Tymczasem Bilbo, od dawna czując się w domu elfów jak u siebie, postawił kostur w kącie komnaty i zdjął stary spłowiały płaszcz, który także wylądował w kąciku (po uprzednim starannym złożeniu). To samo stało się z podróżnym tobołkiem (miecz jednak hobbit pozostawił u pasa, fajki zaś nie miał, gdyż od dłuższego czasu w ogóle nie palił). „No, tu nikomu nie będą zawadzać” – mruknął Bilbo, po czym zadowolony klasnął w ręce, poprawił znoszoną kamizelkę i odwrócił się w stronę ni to rozbawionych, ni to zdumionych elfów. Uśmiechnął się do nich z całą serdecznością, dwornie się pokłonił, a potem nagle podskoczył, bo o czymś sobie przypomniał.
– Ależ u was dzisiaj zamieszanie! Doprawdy, dawno nie widziałem tylu rozbieganych i nerwowych elfów. Czyżby jakieś nowe troski? Och, ale kto ich nie ma! Cóż, za chwilkę zapewne mi opowiecie, ale, ale! Przez to całe zamieszanie zapomniałem wam powiedzieć! Poczciwi krasnoludowie zawędrowali do was wraz ze mną. Trzech krasnoludów, gwoli ścisłości. Powinni już stać za drzwiami. Lindirze, czy byłbyś uprzejmy to sprawdzić?

Tak to ponowne spotkanie wyglądało. Co się zaś tyczy Bilba – o, ten zdecydowanie odmłodniał w towarzystwie elfów! Wciąż, co prawda, nie uporał się z tęsknotą za Pierścieniem i z troską o Froda oraz inne ważne dla niego sprawy, jednak wydobrzał na tyle, że wszystkim wokół zdawał się tym samym hobbitem, którego poznali dawno już temu. Tak więc Bilbo cieszył się ze znamienitego towarzystwa, z pysznego jedzenia i wesołej muzyki, którą elfowie dobrali podług jego gustu.
Przyjaciele często rozmawiali o sprawach ważnych oraz tych z pozoru nieistotnych i wymieniali się opowieściami i nowinami ze swoich stron. Dużo też odpoczywali, wsłuchani w szepty wodospadów. Jednak tydzień nie zdążył minąć, gdy, ku zdumieniu Elronda i jego elfów, Bilbo i krasnoludowie poczęli zbierać się do dalszej podróży. Na nic się zdały prośby i rady Elronda, by zostali w bezpiecznym Domu.
– Nie martw się, Mistrzu! – machnął ręką Bilbo; w oczach zabłysły mu iskierki. – Najwyżej zrobię użytek ze starego miecza. Znów!
Mrugnął do krasnoludów.
– I znowuż będę musiał wybawiać moją kompanię z opresji!
To powiedziawszy, Bilbo pożegnał się z elfami, kłaniając się z gracją i zapewniając, że wróci do nich jak najprędzej. „Wrócę, pewnie, że wrócę!”. „Tak, tak, możecie po mnie wysłać zwiadowców!”. „Muszę, Elrondzie, muszę jeszcze raz pójść ścieżką dawnej przygody! Nie dam rady ponownie wszystkiego zobaczyć, ale chcę dojść chociaż do Dale – tam mam jeszcze szansę spotkać Balina”.

Balina jednak nie było w Dale i, jak powiedziano tam Bilbowi oraz jego kompanom (którzy wiedzieli o Balinowej wyprawie do Morii, a jakże!, lecz wciąż pokładali nadzieję w jego powrót), „w Ereborze także go nie zastaną i kto wie – być może już nigdy nie ujrzą go na oczy”. W takiej sytuacji Bilbo postanowił wrócić do domu Elronda. Uległ jednak namowom krasnoludów, by odpoczął sobie w Dale. Zapraszali go, oczywiście, do swego domu, ale Bilbo na myśl o krasnoludzkich komnatach poczuł się dziwnie przytłoczony, więc grzecznie odmówił. Z drugiej strony – tak bardzo pragnął raz jeszcze porozmawiać z królem Dáinem! Więc obiecał, że sprawę jeszcze przemyśli, na razie zaś jest rozdarty na dwoje. Biedny Bilbo! Szczęśliwie, owo rozdarcie trwało krótko, bo jeden z kompanów przypomniał sobie (po jednej z wielkich bitew cierpiał, biedaczek, na zaniki pamięci), że Dáin przecież wkrótce przybędzie do Dale! „Tego roku, mości Bilbo, mija dwadzieścia pięć lat panowania Baina! Szykuje się spore przyjęcie”.
Hobbit natychmiast się rozweselił, a choć nadal czuł się dziwnie przytłoczony, to… Spotkanie z Dáinem! Uczta u Baina! Jak za starych dobrych czasów! Bilbo na czas jakiś zapomniał o troskach.
Zanim jednak nadszedł czas wielkiej uczty, krasnoludowie udali się do swoich siedzib. „Spotkamy się u Baina!” – krzyknęli, machając Bilbowi na do widzenia. Bilbo natomiast zatrzymał się w gospodzie „Pod Czarną Strzałą”, nazwaną tak na cześć Barda Łucznika.  Gospodarz tego przybytku (dla hobbita wszak gospoda jest miejscem niemal błogosławionym) okazał się sympatycznym wesołkiem z ludu Bardianów. Jego młody pomocnik także wydał się miły, toteż Bilbo miał pewność, że pobyt w Dale zaliczy do udanych. „Cudownie, będzie do kogo otworzyć usta!”.

Dostał mu się przytulny pokoik, z wygodnym łóżkiem i małym (o dziwo – nawet jak dla hobbita!) kominkiem. Bilbo jednakże ani myślał marudzić. „Gościna to gościna” – zawsze mawiał. – „Każdą należy przyjąć z wdzięcznością. O ile gospodarz nie jest orkiem”. Poza tym kominek wystarczająco ogrzewał stare hobbickie kości i Bilbo był naprawdę zadowolony, można nawet rzec – szczęśliwy, spełniło się bowiem, a raczej sam spełnił marzenie o ostatniej dłuższej wędrówce.
Teraz zaś odpoczywał, z czego także był bardzo rad – wszak „odpoczynek z wędrówką doskonale się uzupełnia”, jak mówi hobbickie porzekadło.
Siedział właśnie przy stole, w bujanym fotelu i, popijając herbatę i pogryzając doskonałe piernikowe ciasto, przeglądał stare księgi zabrane z Bag End i mruczał do siebie, poszukując pomysłów na kolejny wiersz albo piosenkę. „O Gil-galadzie zaśpiewam ci pieśń… Nie, nie! Gil-galada zostawię na potem”. „Buchały ogniem bestie straszliwe, lecz oto się zjawił złoty Glorfindel… Och, cóż to ma być! Weź się za siebie, Bilbo Bagginsie!”. „Hmm. O, złote mallorny… Och!”. „A droga wiedzie w przód… Nie! Nie! Nie! Przecież to już było!”. „Ech!”.

Tak był zajęty, że nie usłyszał ani stukania do drzwi, ani parokrotnego: „Panie Baggins!”.
Brzdęk! Dopiero dźwięk stukających naczyń sprawił, że Bilbo aż podskoczył w fotelu.
– Mógłby szanowny pan zabrać stąd te wszystkie księgi i inne pisma? – Pomocnik gospodarza uśmiechał się przyjaźnie, choć Bilbo zauważył, że nie bez grymasu.
Cienkiemu jak trzcina młodzieńcowi ręce już drżały pod ciężarem stosu talerzy, mis i pucharków. „Biedaczyna” – pomyślał Bilbo. „Co to by była za szkoda, gdyby przez moje zamiłowanie uszkodził sobie ręce! Ręce i te ładne naczynia. Doprawdy szkoda! Tym bardziej, że nie mam przy sobie monet na ewentualne pokrycie szkód” – zaśmiał się w duchu, jak po dawnemu.
– Nie mam przy sobie nic, nic poza życzliwością krasnoludów – mruknął pod nosem. – Gdybym mógł się tym poczciwinom odwdzięczyć! Ach, stary włóczęgo! Trzeba było zachować choć jedną sakwę, na wszelki wypadek. Albo, zamiast tych pieniędzy, których już nie mam, och, mogłem zabrać parę cennych drobiazgów. Miałbym co oddać w zastaw miłemu gospodarzowi!
– Słucham?
– Och, masz rację, chłopcze! Bo cóż ja tu gadam! – zaśmiał się Bilbo, a potem wtulił w fotel.
Westchnął.
– Dobrze przecież postąpiłem, zostawiając wszystko Frodowi.
– Panie Bilbo… – Młody mężczyzna spojrzał na hobbita błagalnie.
– Ach, tak! Książki! Już, już! Już je zabieram! Przepraszam!
Bilbo przesunął księgi na drugi koniec stołu.
– Proszę. – Spojrzał z zaciekawieniem na pomocnika. – Czy mogę cię, drogi chłopcze, o coś zapytać?
– Tak?
– Po co tyle naczyń?
Pomocnik odparł: „Dla gościa”. Bilbo zachichotał.
– O nie, dziękuję ślicznie! Co prawda nadal jestem głodny, ale nie mam zamiaru szanownych panów oraz pozostałych w tym przybytku objadać! Zadowolę się tym ciastem – wskazał na swój talerzyk – o tak, zdecydowanie! Przepyszne, swoją drogą. „Tak, podwieczorek, wystarczy, wystarczy”.
Pomocnik gospodarza wyraźnie poweselał.
– „Dla gościa” rzekłem, panie Baggins, ale widzę, że mało dokładnie. Wybacz!
Co chwila chichocząc, zdołał wyjaśnić hobbitowi, że to Bilbowego gościa miał na myśli.
– Gościa! – zakrzyknął Bilbo. – A to ci dopiero! Myślałem, że to ja jestem tu gościem, tymczasem proszę: oto gość przychodzi do gościa, a biedny gospodarz pewnie załamuje ręce, bojąc się, że mu jaką przygodę pod dach sprowadzę. Bo to Gandalf. Gandalf tu przyszedł, prawda? Tak, to do niego całkiem podobne, jednak… Jednak zaczynam się martwić, wszak prosiłem go, żeby miał oko na Froda!
– To nie mości Gandalf. – Młodzieniec mrugnął do Bilba i zaczął wychodzić.
Zatrzymał się jeszcze na chwilę, mówiąc w kierunku drzwi: „Kolacja wkrótce będzie gotowa”, po czym opuścił pokój.
Bilbo nie mógł się oprzeć ciekawości i także spojrzał w stronę drzwi, a kiedy zobaczył swojego gościa, natychmiast poderwał się z fotela, niezgrabnie się kłaniając i machając nieporadnie rękoma (a machał tak nimi, bo wielce się ucieszył z wizyty-niespodzianki).
– Królu! – W myślach szukał naprędce odpowiednich słów. – Oczom własnym nie wierzę! To ty! A tak się bałem, lata już temu, że cię przenigdy więcej nie zobaczę… Co za pomyślny dzień! Witaj, witaj i rozgość się, mój miły królu!
– Thranduilu – poprawił gość. – Drogi Bilbo Bagginsie, czyżbyś przez te lata zdążył zapomnieć, jak brzmi moje imię?
Król elfów uśmiechnął się i zajął miejsce naprzeciw Bilba, wcześniej jednak pomógł wciąż zaskoczonemu hobbitowi z powrotem usadowić się w fotelu. „Bardzo pięknie z twojej strony” – powiedział cicho Bilbo, a głośniej dodał:
– N-nie… Nie! Skądże znowu! Nie sposób zapomnieć twojego imienia, kiedy ma się świetną pamięć, od lat nieźle ćwiczoną. – Wypiął dumnie pierś. – Zaiste, poezja to świetna sprawa!
Thranduil nie odrywał spojrzenia od pociesznego niziołka. Tymczasem niziołek mówił dalej:
– Nie, nie zapomniałbym imienia elfa, zwłaszcza tak dobrego i grzecznego jak ty! Za którego…
– Gotów byłeś zginąć – dokończył król.
– Owszem.
Bilbo wciąż nie mógł się nadziwić. Nie elfiej pamięci, bo tę każdy elf ma dobrą (co najmniej) – Bilbo nieraz żartował, że z nią się rodzą, pamiętając świat sprzed własnego istnienia – lecz temu, że są pośród elfów tacy, którzy chcą o Bilbie pamiętać. Rozumiał jeszcze elfów z Rivendell, skorych do opiewania wszystkiego, ale król z Mrocznej Puszczy? Zapamiętał niziołka! I pamiętał przez te wszystkie lata! Bilbo poczuł nagłe wzruszenie.
– Niewymownie mi miło, żeś o mnie pamiętał, królu. I nie mniej miło, że zapamiętałeś hobbita walczącego w twej obronie, a nie hobbita, który wykradł ci pół spiżarni i w czarnej godzinie gotów był pochłonąć resztę zapasów.
Elf nawet nie próbował powstrzymać śmiechu.
– Och, to także ci pamiętamy, nasz Przyjacielu! Wielu moich elfów do dziś śpiewa o Bilbie-złodzieju. Szlachetnym złodzieju. – Thranduil skłonił głowę. – A najwięcej z nich wszystkich ułożyli ci, którzy padli ofiarą twego sprytu!
Thranduil zaśmiał się, dostrzegłszy dumę w oczach hobbita – dumę czy też raczej wielkie zadowolenie, które wydawało się całkiem zabawne.
– Dobrze znów cię widzieć – powiedział król. – Niewiele się zmieniłeś, Bilbo, poza tym, że, wbrew moim życzeniom, cień twój się skurczył, ty się nieco skurczyłeś.
– Cóż, ty, panie, musisz znać lekarstwo na starość, zdecydowanie! – chętnie je od ciebie odkupię! Tylko, widzisz, akurat nie mam przy sobie pieniędzy.
„Nie dałbyś rady dojść do Puszczy, więc Puszcza przyszła do ciebie. Och, jak pięknie słyszeć echo dawnej przygody! Jak pięknie wygląda ten mój król!” – pomyślał hobbit.
– Królu… – zaczął Bilbo, czując to samo onieśmielenie, co kiedyś, gdy się przyznawał przed królem do złodziejstwa i gdy mu z całą hobbicką miłością wręczał naszyjnik.
Prędko się jednak poprawił, zganiony spojrzeniem elfa.
– Thranduilu, skoro można. Nie miej mi za złe wściubiania nosa w twoje sprawy, ale, cóż, ciekaw jestem powodu tej wizyty. Oczywiście, bardzo się cieszę! – zapewnił gorąco. – Tylko tak coś czuję, że inne sprawy cię tu przywiodły. Tu, do Dale.
– Nie bardziej ważne od ciebie, to mogę przysiąc – odrzekł król. – Zaspokoję twoją ciekawość, miły hobbicie.
– Zamieniam się w słuch! – zawołał Bilbo, spoglądając przy tym roziskrzonym wzrokiem.
A potem prychnął, poirytowany, bo do pokoju wszedł pomocnik gospodarza, wnosząc kolację.
– No, masz waść szczęście, że zdążyłem zgłodnieć! – rzucił z uśmiechem Bilbo. – Bo inaczej ciebie bym pokąsał. Za przerywanie opowieści!
Pomocnik czym prędzej uporał się z obsługą, ukłonił, życzył smacznego i udał się w stronę drzwi. Zanim jednak wyszedł na dobre, odwrócił się i zwrócił do hobbita:
– Nie znałem pana przedtem, panie Baggins, ale dużo o tobie słyszałem. Teraz mam porównanie i śmiało mogę rzec: Cieszę się, że pan wrócił do siebie!

Wkrótce Bilbo i król Thranduil znów zostali sami i nikt więcej nie zakłócał im spokoju. Pan Baggins rzeczywiście zdążył zgłodnieć, dlatego teraz z wielką radością smakował specjałów Dale. „Wyśmienita szynka, wyśmienita!”. „Och, cóż za pięknie wypieczona pieczeń!”. „Ach, tylko spróbuj, Thranduilu – ten wędzony ser to istny rarytas! Albo duszone warzywa! Mmm, wspaniały aromat przypraw! Likier! Korzenno-owocowy! A to pieczywo – dyniowe! – razem z masłem wprost rozpływa się w ustach. Poezja, czysta poezja! No, spróbuj! Chyba nie chcesz, żebym ci wszystko zjadł? Hah!”.
Elfi król patrzył na hobbita z nieskrywaną wesołością. Dawno już nie był tak spokojny i radosny!
Zwrócił się do Bilba tak cicho, że tamten musiał nadstawić uszu:
– Pomyślny wiatr powiał, przynosząc mi ciebie do Dale.
Później zaś, kiedy obaj już się najedli (król dobrze wiedział, że Bilbo nie żartował i że pochłonąłby wszystko niczym szarańcza, więc sam prędko zabrał się do ucztowania), elf zaczął opowiadać.
Bilbo dowiedział się wówczas, że, owszem, król elfów przybył do Dale w innym celu, a mianowicie: pragnął uczcić wraz z ludźmi z Dale i Esgaroth (i z krasnoludami!) okrągłą rocznicę rządów Baina, zwłaszcza że ludziom bardzo zależało na świętowaniu takich rocznic, ale przede wszystkim przybył dlatego, że Bain był synem Barda – a ile Bard znaczył dla Thranduila jako przyjaciel, o, każdy miał pojęcie!
O tym, że i Bilbo Baggins będzie obecny na wielkiej uczcie (ba, w ogóle w Dale!) Thranduil nie wiedział. Lecz kiedy tylko posłyszał od ludzi, że hobbit zatrzymał się w gospodzie „Pod Czarną Strzałą”, ach!, wielka była jego radość! Natychmiast więc udał się do gospody z wizytą.
– A co słychać w szerokim świecie? – zapytał Bilbo.
Król zatem opowiedział mu wszystko, co mógł mu w tym czasie opowiedzieć. Najwięcej mówił o swoim królestwie w lesie, o tym jak rozkwitło po Bitwie Pięciu Armii i jak prędko mrok znów dał o sobie znać. „Dol Guldur”, „Mordor”, „Sauron” (Thranduil był zbyt odważnym elfem, żeby się chować za słowem „Nieprzyjaciel”), „pająki” – padały hasła, lecz niewiele Thranduil wyjaśnił bądź nie chciał wyjaśniać (Bilbo domyślał się, że król pragnie go uchronić przed smutkiem i wielką czuł za to wdzięczność wobec niego, choć zdecydowanie wolałby wszystko wiedzieć).
Potem Thranduil opisał, co się przez ostatnie lata działo u ludzi w Dale i Esgaroth („Tam na szczęście panuje spokój!”), a także u krasnoludów z Samotnej Góry (tu jednak pan Baggins sam był doskonale poinformowany, wszak często się widywał z brodatymi przyjaciółmi).
– No pięknie! A inne kraje, co w innych krajach, Thranduilu?
– Lothlórien broni się razem z nami. O Rivendell wiesz więcej ode mnie. – Thranduil uśmiechnął się, lecz tylko na krótką chwilę, bo oto czekał dalszy ciąg nowin ze świata: – Nie wiem, co słychać na dalekiej północy, nad Shire, choćby w Forochel, gdzie żyją Lossothowie…
Bilbowi zdawało się, że król popadł w przygnębienie, elf jednak szybko się otrząsnął z własnych myśli i kontynuował.
– Arnor, cóż… Jest dziś garstką Strażników, całe szczęście – wielkich duchem! Poznałeś zapewne syna Arathorna?
– Aragorna? Tak, tak! Miałem tę przyjemność.
Thranduil westchnął, wspominając:
– Bardzo przypomina Barda. Nie naturą! Jednak taką samą nadzieją jest dla swojego kraju.
– Dla całego Śródziemia – zauważył hobbit.
Elf odparł:
– Oby.
A potem dodał ciszej, uważnie patrząc na hobbita:
– O innym bohaterze więcej słyszałem… W snach.
„Frodo!” – pomyślał Bilbo, ale nie zdążył tej myśli rozwinąć, bo król znów się odezwał.
– Gondor jeszcze sobie radzi, jak na kamienny kraj przystało. Minas Tirith długo pozostanie niezdobyte, o ile duch nie opuści mieszkańców. Denethor i jego młodzi synowie to szlachetni i mężni ludzie, tak przynajmniej mówi Mithrandir, a ja nie mam powodu, by mu nie wierzyć. Płynie w nich krew elfów, mojego szczepu – rzekł z dumą, a potem nagle oczy mu zabłysły i uśmiechnął się. – Cóż, poniekąd mojego!
Bilbowi też oczy zabłysły – na myśl o elfiej genealogii. „Koniecznie muszę go o to podpytać! Informacji nigdy za wiele”.
– …ale Rohan… – Dotarło do uszu hobbita.
– Ojczyzna ludzi rozumiejących konie! – Sięgnął pamięcią Bilbo. – Och nie, co tam się stało?!
Thranduil zamknął oczy. Dłuższa chwila minęła, nim znów się odezwał.
– Ten rok, mój drogi hobbicie, nie należy do najszczęśliwszych. Ty niedawno musiałeś opuścić Shire i Froda – Bilbo drgnął zaskoczony – którego pełne są twoje myśli. Tak, widzę, co cię trapi, Przyjacielu!
– Rohan… – Bilbo powrócił do właściwego tematu rozmowy. – Powiedz mi, łaskawie, co trapi dzielnych Jeźdźców? Może… Może Gandalf mógłby im jakoś pomóc? Może ja… Mógłbym wysłać stąd list do niego! Frodem zajęliby się przez ten czas kochani Brandybuckowie…
W Bilba wstąpił dawny duch i teraz hobbit gotów był chwycić za miecz i ruszać ze swoim elfim królem na ratunek potrzebującym.
– Zginął Éomund, pan miasta Aldburg. Nie powiem ci jednak, co zrobili z nim orkowie.
– Och… Wielkie nieba…
– Krótko po nim śmierć zabrała jego żonę,Théodwyn, siostrę króla Théodena. Zostawili po sobie dwójkę małych dzieci. Oto do czego zdolna jest nienawiść Saurona! Nie martw się – powiedział Thranduil, widząc, że hobbit zaczął się kurczyć, jakby go dosięgło nagłe poczucie bezradności. – Théoden wziął dzieci pod opiekę, tak jak ty Froda. Nie jest to też koniec jego czcigodnego ludu, nie! Czuję, że los jeszcze się odwróci na ich chwałę. Na naszą chwałę. Tak mi mówi serce, tego pragnie.
Thranduil odetchnął ciężko i zapatrzył się w cienie rzucane przez ogień w kominku.
– Teraz pora na ciebie – rzekł po chwili do Bilba. – Opowiedz o Shire. Opowiedz o tym, co wciąż jest radosne!
– Wiesz… Z chęcią. Z wielką chęcią ci opowiem! Dość już smutków jak na jeden wieczór!

I Bilbo zaczął opowieść, którą co jakiś czas ubarwiał wspominkami z przeszłości, z wielkiej wyprawy [obaj z nostalgią wspominali dawne dzieje – przy tej okazji Bilbo pochwalił się, „cóż, skoro jest okazja!”, tym, co już zdążył zapisać w swoich pamiętnikarskich księgach; poczuł się niebywale doceniony, kiedy król zamówił u niego kopię („Tylko czy zdążę, Thranduilu? Czy zdążę...”)], a także z własnej bujnej wyobraźni.
„Ach, a jaki piękny mam ogród!” – rzucił Bilbo. – „No, pomógł mi w tym dziele niejaki Samwise Gamgee, a wcześniej jego krewni, ale co moje, to moje! Nieprawdaż? Odwiedź kiedyś Shire, koniecznie! Sam wtedy, przyjacielu, najlepiej zobaczysz, że mój zakątek nie gorszy jest od twojego”. „Jeśli tylko los mi pozwoli, a raczej: kiedy nareszcie czas będzie po temu. Wówczas serce się otworzy dla takiej radości, jaką jest twój ogród i całe Shire!”. „Trzymam cię więc za słowo, panie elfie!”.

Długo ze sobą rozmawiali, bardzo długo, ku Bilbowemu szczęściu. W końcu jednak wieczór zamienił się w noc i nadszedł czas rozstania.
– Szkoda, że już musisz iść – mruknął Bilbo, odprowadzając elfa do drzwi. – Cóż, bywaj zdrów. Do zobaczenia na uczcie!
– Do zobaczenia – na uczcie i w czasie, który przyjdzie po niej. Ty także bądź zdrów, Przyjacielu Elfów! Obyś odegnał od siebie wszystkie smutki.
– Smutki? Nie, nie smucę się już. Po prostu przywykam do myśli, że naprawdę stary już ze mnie hobbit, a my… my, obawiam się, nigdy więcej po uczcie się nie zobaczymy. Niestety!
Słysząc to, Thranduil (ku kolejnemu zdumieniu Bilba) wybuchnął śmiechem (inaczej Bilbo tego nazwać nie potrafił).
– Spotkamy się jeszcze, Bilbo Bagginsie! Jeśli nie tu, w miłym nam Śródziemiu, to na pewno w innym miejscu.
To powiedziawszy, król uklęknął przed Bilbem i objął go z całą elfią delikatnością; a kiedy poruszony Bilbo wsłuchiwał się w elfie serce, posłyszał, jak Thranduil nuci cicho:




Może jeszcze za zakrętem
ujrzym drzewo albo kamień
przez nikogo nie widziane...

Kwiat i drzewo, trawa, liść  –
trzeba nam iść, dalej iść,
woda, niebo, wzgórze, jar  –
naprzód marsz, naprzód marsz.

Za zakrętem może czeka
droga nowa i daleka…




– Moja piosenka! – zawołał Bilbo, wyrwawszy się elfowi i wziąwszy pod boki. – Przestaniesz ty mnie zadziwiać?!
Thranduil roześmiał się, gdy hobbitowi wyrwało się po tym: „urwisie”. Bilbo także poweselał (który to już raz za sprawą miłego króla!). Dzięki obecności tego elfa ciężki kamień (nie! głaz, a może i skała) spadł mu z serca.
Wkrótce elf wyszedł, a Bilbo, drżąc z radości i ciepła, długo jeszcze stał przy drzwiach, nim je w końcu zamknął i usiadł z powrotem w wygodnym fotelu. A kiedy tak siedział i dumał, i pogwizdywał wpatrzony w ogień płonący w kominku, umysł całkiem mu się rozjaśnił i nawet natchnienie powróciło.
Teraz hobbit już nie nerwowo mruczał, szukając słów, lecz śpiewał (nadal, co prawda, niezbyt zadowolony ze swej twórczości – cóż, taka już jego właściwość):



Mrok już dokoła i sen zaczyna kusić.
Rzekliby: Nie pora, by śpiewać o elfach!
Lecz jest pośród nich król, największy, Thranduil,
o nim serce Tuka zawsze pragnie śpiewać.

Mrok już dokoła, aż strach ci nogi kuli.
Lecz hejże! W tym mroku ogień jeszcze płonie
jasny jak słońce – jak Puszczy król, Thranduil...



– Ano, teraz dopiero wróciłem do siebie, mości pomocniku!




Wyjaśnienia do tekstu:

Piosenka Bilba (którą tutaj nuci Thranduil) to oczywiście dzieło Mistrza Tolkiena - została tu użyta z potrzeb fabularnych (czyt. wydała mi się tu istotna i nie dało rady zastąpić jej własną w tym akurat miejscu).
Ta druga, którą śpiewa pod koniec Bilbo, to już moja sprawka (co przecież widać ;)).

"Nikt prawie nie wie, dokąd go zaprowadzi droga, póki nie stanie u celu". - mistrz Legolas (:serduszko:) Ten cytat też w pewnym stopniu posłużył za inspirację (więc jeśli się komuś wydaje, że papa i syn mówią podobne rzeczy/podzielają nadzieję, to tak, mogło tak wyjść ;) rodzina przecież ;)).
Echo dawnej przygody
Dla Meluzyny, prompt brzmiał: Thranduil. Zastanawiałam się, gdzież teraz kochanego króla wcisnąć, gdzie miał prawo bytu, z kim? Zrobiłam sobie listę jego przyjaciół i cóż, jego elfowie plus rodzina - już u mnie byli, Gandalf - był, Bard - też był. Kogo nie było? Bilba!

Pan Baggins zabrał tu sporo miejsca Thranduilowi (nad czym sama ubolewam!).

Dodatkowa inspiracja? Cytaty:

[Bilbo w Rivendell, WP]: „(…) dotarłem tutaj – mówił – a odpocząwszy chwilę, w towarzystwie krasnoludów udałem się do Dale. Była to już moja ostatnia podróż, żadnej następnej nie podejmę”.
[Thranduil, Hobbit]: „Przyjmuję od ciebie ten dar, o Bilbo Szczodry! - z powagą rzekł król – i mianuję cię przyjacielem elfów. Oby cień twój nigdy się nie skurczył (...)”.

Król w nastroju raczej tym z zakończenia Hobbita, kiedy się żegnał z innymi. Bilbo w nastroju mieszanym. Rok 3002 Trzeciej Ery (przy okazji musiałam o czymś tam wspomnieć, o paru cosiach nawet - przepraszam ;)).

Loading...
Kolejny wolny dzień powitali mieszkańcy Minas Tirith, wolny od wojennego zamętu i szczęku oręża, od przeraźliwych krzyków i swądu ognia. W mieście wciąż jeszcze istniała trwoga, wszak Nieprzyjaciel nadal nie został pokonany; wielu mieszkańców i ich sojuszników leczyło rany zadane przez wielką nienawiść i wszyscy opłakiwali poległych, a nad chorymi trzęśli się z bólu i obawy – wojna jednakże była za nimi i o tym im od paru dni przypominało złote słońce.
Tego poranka świeciło ono wysoko i doprawdy mocno, na niebie zaś nie widniała ani jedna chmura, jeśli nie liczyć nieba nad Mordorem, tam bowiem z trudem szukano skrawków nieboskłonu pomiędzy czarnym kłębowiskiem. Od początku jednak dobre istoty oddzielały te dwa nieba, toteż wszyscy teraz bardziej przejmowali się słońcem (pod którego promieniami białe miasto zmieniało się w jeden potężny blask, jakby było miastem Gandalfa Białego) niźli złowrogimi oparami.
Taki to mocny blask zawitał do Domów Uzdrowień i szczęśliwi ci, którzy zdołali go ujrzeć. A był wśród tych szczęśliwców dzielny Meriadok. On wszak najszybciej powracał do zdrowia, co poznać się dało po jego apetycie – tym, który dotyczył jedzenia i tym, który się tyczył opowieści; ze wszystkich leczonych w tym przybytku on właśnie najmniej potrzebował snu i odpoczynku. Dlatego ochoczo wymykał się wraz z wiernym Pippinem do pobliskiego ogrodu pachnącego tyloma kwiatami, że hobbitom z początku aż tchu zaczynało brakować, tak mocna była ta woń. Zaśmiał się raz Pippin, że spośród wszystkiego tylko stokrotki rozpoznaje, na co mu Merry odkrzyknął: „Ach, szkoda, że nie ma tu z nami Sama! On by raz tylko zaciągnął tego powietrza i już znalibyśmy wszystkie nazwy!”.

Dziś jednak Pippin dotąd się nie zjawił, podobnie zresztą Gimli i Legolas, którzy często zaglądali do Merry'ego i raczyli go różnymi opowieściami. Gandalf także gdzieś zniknął. I na nic się zdały poszukiwania w ogrodzie czy wypytywanie zielarzy! Merry wówczas jeszcze nic nie wiedział o wojskowej naradzie i decyzjach na niej podjętych. Nie wiedział, że przyjaciele niebawem wyruszą pod Czarną Bramę. Myślał więc, że wszyscy o nim zapomnieli i czuł się tak jak wtedy, gdy człapał za Théodenem i Éowyn, za ich niesionymi na marach ciałami, przez nikogo niezauważony.
Toteż nieszczęśliwy i osamotniony Merry leżał w łóżku, bo cóż też mu pozostało!, i patrzył na wpadające przez okna promienie, na ich taniec, próbując ułożyć dla nich jakąś zgrabną melodię.

Szczęście jednak wcale nie zamierzało opuszczać hobbita na dobre i wkrótce dało o sobie znać. Oto bowiem do komnaty wszedł nagle strażnik Domów, mówiąc:
– Gości ci prowadzę, zacny perianie!
Po czym prędko się oddalił do swoich obowiązków, mijając pierwej na progu przybyłych gości. A byli to Jeźdźcy we własnej osobie! Nie wszyscy wszakże, a tylko trzej: Éothain, marszałek Elfhelm i sam król Éomer. Merry jednakże uradował się tak, jak gdyby cały lud Eorla miał przed sobą. Wielce był też rad, że znów widzi marszałka, którego dużą darzył sympatią, że znów widzi Éothaina, z którym również zdążył się zaprzyjaźnić, wreszcie – nie miało granic szczęście niziołka, gdy patrzył na Éomera. Pokochał go bowiem Merry tak samo jak ukochał Éowyn i Théodena i cieszył się, że widzi go znów, w lepszym stanie niźli na początku, kiedy to Éomer czuwał przy rannej siostrze, zlękniony wizją śmierci.
Teraz jednak Éowyn zdrowiała, powoli wszak, lecz każdy był dobrej myśli. Éomer także, jeśli nie najwięcej. I o tym biedny hobbit też jeszcze nie wiedział.
– Witajcie, panowie! – wydukał wzruszony. – Witaj, Éomerze! Jak dobrze was widzieć!
– I my się cieszymy ze spotkania! – odrzekł grzecznie Éothain.
Éomer zaś przysiadł przy łóżku hobbita i, nie czekając aż inni uczynią to samo, powiedział:
– Wybacz nam, że dziś dopiero do ciebie przyszliśmy.
– Kiedy ja rozumiem! – zakrzyknął Merry i ciszej dodał: – Éowyn! Kochana Éowyn! Sam najchętniej czuwałbym przy niej, w dzień i w nocy, gdyby mnie tylko strażnik z Gandalfem tak nie przepędzali!
Uśmiechnął się Éomer.
– Widzę, że nie mniej ją kochasz niż my. Za to też będę ci wdzięczny aż do kresu dni, dzielny holbytlo.
Teraz i Merry się uśmiechał. „Nazwał mnie dzielnym” – pomyślał radośnie, lecz wcale przy tym nie zapomniał o drogiej Éowyn. Natychmiast o nią zapytał.
– Cień opuścił jej ciało, wkrótce opuści i duszę. – W głosie Éomera pełno było wiary. – Gdy tylko się zbudzi, rzeknę jej o tobie. Wiedz bowiem, że i ona martwiła się o ciebie.
– Sam mógłbym…
– Nie! – rzucił prędko Elfhelm, po czym przysiadł przy drugim boku łóżka.
Éothain także spoczął, na stołku nieopodal okien, gdzie wciąż tańczyły słoneczne promienie.
– Nie – powtórzył marszałek. – Tobie polecono odpoczywać, więc chociaż tego rozkazu usłuchaj! Słusznie cię przepędzano od Éowyn, sam wszak potrzebujesz opieki. Ale nie trap się, wkrótce ujrzysz księżniczkę, całą i zdrową, do tego czasu jednak leż tutaj spokojnie i nie wątp tak w nas!
– O czym waść mówisz?
– Może i dobrzy z nas rycerze, lecz niańki wcale nie gorsze! – oburzył się Elfhelm, choć raczej oburzonego tylko udawał. – Nie od dziś ona jedna wokół nas.
– Mówiła... – zaczął Merry, próbując zapanować nad chichotem.
Tymczasem Éomer nie zdołał zapanować nad zaciekawieniem:
– Co ci mówiła?
Merry spojrzał na niego ze zrozumieniem i zaraz go opuściło rozbawienie.
– Ano, że wyście ją wychowali, mości panowie, na taką, jaką jest.
Spojrzeli po sobie Jeźdźcy, poruszeni słowami niziołka.
– Mówiła też, że wielce was miłuje, ale to musicie, waściowie, sami dobrze wiedzieć.
Nie odparli nic na to Rohirrimowie, tylko w zadumie skinęli głowami. Pierwszy otrząsnął się Éothain, mówiąc, że pora odłożyć na bok smutki, przynajmniej na czas, dopóki się najważniejsze rzeczy nie rozstrzygną. Zgodzili się z nim Elfhelm i Éomer i wkrótce wszyscy trzej zajęli hobbita tak wyczekiwanymi przez niego opowieściami.

Merry słuchał z radością, nawet tego, co już sam dobrze wiedział i czego sam był świadkiem. Wszak z cudzych ust opowieści smakują najbardziej.
Kiedy Éothain opisywał ich pobyt w lesie Drúadan, Merry, wiedziony dawną ciekawością, z której wcześniej nie mógł się nikomu zwierzyć, zapytał:
– Éothainie, czy wiesz, co też miał na myśli wódz Wosów wtedy, gdy rzekł Théodenowi o polowaniu na nich?
– A więc i tam cię wówczas nie zabrakło! – zaśmiał się Éothain, lecz prędko spoważniał. – Pewien nie jestem, a choć i nas zdumiały tamte słowa, to żaden z nas nie zamierzał go dopytywać. Lepiej nie narażać się tym, którzy oferują ci pomoc w czarnej godzinie.
Éomer w tamtej chwili zerknął podejrzliwie na hobbita.
– Powiedz mi, holbytlo, o co nas posądzasz?
– O nic, o nic! – zapewnił żarliwie Merry. – Przysięgam na Shire, miły Éomerze, że żadna, choćby najmniejsza, zła myśl o was w głowie mi nie postała! Zastanawiam się tylko nad dziwnymi słowami Ghân-buri-Ghâna i chętnie bym się dowiedział, skąd się u niego wzięły tak oszczercze słowa.
Na to odezwał się marszałek:
– Mówiłem ci już w tamtym czasie, mości Meriadoku, że plemię Wosów nigdy nie było nam wrogiem. Ani nam, ani naszym przodkom. Przed nimi przeto Wosowie zasiedlili tamte okolice i później żyli z nimi w pokoju. Gdyby mieli na Wosów polować Nortowie albo Éothéodzi, to dziś żadnych Wosów by nie było, a przecież to Wosów nie tak dawno spotkałeś, prawda, panie Meriadoku?
Merry przytaknął. Éomer zaś rzekł:
– Skoro słyszałeś wtedy słowa Ghân-buri-ghâna, to pamiętasz zapewne, jak mówił, że nie walczą z Rohanem? Po cóż więc Rohan miałby walczyć z nimi? Boją się za to ciemności i orkowych napaści. – Éomer zaśmiał się gorzko. – Czyżby w strachu i ciemności brali za nas to paskudne orcze plemię?!
– Prędzej wzięliby za nas naszych braci Gondorian, Éomerze. – Éothain zniżył głos niemal do szeptu, jakby w obawie, że ściany mogą mieć uszy. – Pamiętacie, co jeszcze mówił wódz Dzikich Ludzi? Że dawniej ludzie z kamiennych domów – a więc z Gondoru, zacny niziołku – byli tak mocarni, że góry cięli jak myśliwi tną mięso?
– Lecz cóż to ma z nami wspólnego? – spytał Éomer.
Éothain obruszył się, tak jak się tego po nim można było spodziewać. Ciągnął jednak dalej:
– Wyczułem w tych słowach jakiś lęk… Kto wie, może Wosowie obawiali się i nadal obawiają ludzi Gondoru? Może to Gondorianie zapędzali się niegdyś do ich lasu i mylili małych ludków z dzikimi zwierzętami? To do Gondoru podobne. Mimo wszystko. Nas zaś mogli Wosowie pomylić z gondorskimi strażnikami, choćby tylko dlatego, że to nas  prędzej można oczekiwać na tamtych ziemiach.
Żaden z Jeźdźców nic nie powiedział. Wcześniej Éomer jedynie kiwał głową, jakby po trosze zgadzał się z tym, co o Gondorze sądzi Éothain. Merry tylko słuchał i obserwował, wielce przejęty. Oczy miał jak Gollum, poliki zaś tak rumiane jak rumiany był Gimli, kiedy dobiegł do granic Rohanu.
Cisza trwała jeszcze chwilę i Merry zaczął się niecierpliwić, wciąż bowiem nie znalazł odpowiedzi na pytanie. Ale w końcu usłyszał Éomera:
– Być może. Któż wie! Nie pragnę jednakże zbyt pochopnie oceniać braci i nie chcę żalić się na dawne waśnie, na braci naszych w ich własnym domu. Myślę zresztą, że to mogła być sprawka Grímy.
– Grímy? – zdumiał się Elfhelm. – Nie, nie sądzę, Éomerze. Wiele złego da się rzec o robaku, ty sam wiesz o tym najlepiej, lecz jakiż to cel miałby mu przyświecać?
Oczy Éomera zabłysły tak, że Merry, choć wierzył w dobrotliwość przyjaciela, zapragnął w tamtej chwili schować się pod kocem i długo spod niego nie wychodzić. Dostrzegłszy niepokój hobbita, Éomer zapanował nad wzburzeniem i odezwał się nader spokojnie:
– Może to Gríma pod wpływem Sarumana wzbudził popłoch wśród leśnego ludu? Może krzyczał kłamliwie, iż przybywa w imieniu króla Théodena? Albo sam Saruman opowiadał im bajki o spodlonych Mistrzach Koni!
Elfhelm westchnął ciężko.
– Kiedy tak mówisz, Éomerze, wiele w tym słyszę sensu. Tak, zwłaszcza do Sarumana byłoby to podobne. – Wtem zerknął na hobbita i uśmiechnął się ciepło; Merry mógłby przysiąc, że marszałek puścił do niego oko. – Tyle pomysłów! Jak widzisz, miły nam holbytlo, nie doczekasz się jednej odpowiedzi i nie dowiesz się prawdy, chyba że zapytasz o nią kiedyś samego Ghân-buri-ghâna, o ile go jeszcze spotkasz, wszak jego to słowa nie dają ci spokoju. Lecz pamiętaj: żaden z Jeźdźców nie ma powodu, chęci, a tym bardziej serca do takiego okrucieństwa! Inaczej bowiem nazwać nie można wizji polowań na kogoś, kto po tej samej stronie się znajduje. Nie! Nawet orkom nie urządzamy rzezi, kierując się zawsze szacunkiem do wroga i wolą równej walki. Cokolwiek miał Ghân-buri-ghân na myśli, musi nas uważać za przyjaciół prędzej niźli za wrogów.
Zgodził się z nim Éomer.
– Prawda! Nazwał przecież nasze miecze jasnymi, zdolnymi pokonać ciemności. Rzekł też, że Dzicy Ludzie chodzą po lasach wolni – i oby tak zawsze było!
– Może… – wtrącił Merry. – Może, gdy mówił: „Nie polujcie już na nas”… Może Ghân-buri-ghân nie o was powiadał, a o wszystkich w ogóle ludziach?
– Może – westchnął marszałek Elfhelm. – Może masz rację, mości niziołku.
W głosie jego pobrzmiewał smutek, albo też żal – Merry nie był do końca pewien, lecz przeczuwał, że tematem Drúedainów przywrócił Elfhelmowi jakieś złe wspomnienia.
– Nikt się uchronić nie zdoła przed cudzą goryczą – mruknął Elfhelm, a gdy napotkał zaciekawione spojrzenie hobbita, wyjaśnił: – Ciebie, nasz Merry, wzburzyły niejasne słowa Wosów, nas jednak inne zabolały, dawno już temu.
Na twarzy marszałka pojawił się grymas bólu.
– Zwą nas bowiem słomianymi łbami, Forgoilami w ich języku, uparci Dunlendingowie. Uparci, bo od czasów Eorla do całkiem niedawna, do bitwy pod twierdzą Helma, trwali w przekonaniu, że to im się nasza kraina od Gondoru należała. Nie mogli znaczenia tego daru pojąć ani Freca, ani syn jego – Wulf, ani żaden z ich pobratymców. To dlatego toczyli z nami wojny, mimo że własną ziemię posiadali, podjudzani przez fałszywe słowa Sarumana. Przez niego jeszcze więcej myśleli, że ród Eorla jest rodem bezdusznym. I kto wie, może uważali też tak niektórzy spośród innych sąsiadów, mając nasz ród za złodziei i niegodziwców.
Pokiwał smętnie głową Éothain, szepcząc: „Dobrze, że się to wszystko skończyło”.
A potem zapatrzył się w okno.
„No tak, w promieniach słońca szukają nadziei” – przypomniał sobie Merry, po czym zwrócił się do Jeźdźca:
– Éothainie?
– Tak?
– Nie chciałbym ci przeszkadzać…
– Pytaj śmiało, ciekawski przyjacielu! – Uśmiech rozjaśnił nieco oblicze Jeźdźca. – Bo widzę po twojej minie, że aż cię korci, by o coś zapytać?
– A i owszem. Wspomniałeś wcześniej o Gondorze. Czy to możliwe, by jego szlachetni mieszkańcy także sprawili wam przykrość?
– Cóż by ci rzec… – westchnął Éothain. – To długa historia.
I zaczął opowiadać. Poznał wówczas Merry piękną opowieść o wielkiej miłości gondorskiego księcia Valacara do nortowej przodkini Rohirrimów, Vidumavi i bardzo się wzruszył, co niezwykle rzadko mu się zdarzało przy miłosnych historiach.
Biedny Merry! Nie wiedział, że los przyniesie mu wkrótce jeszcze większe wzruszenie, gdy oto on sam, niziołek, będzie świadkiem podobnego uczucia pomiędzy jego dzielną Éowyn i księciem Faramirem.
Nagle głos Éothaina zadrżał i zmienił się ton opowieści. Prysnęło szczęście zakochanych i teraz przed oczami hobbita stanął obraz dawnych Gondorian patrzących krzywo na związek, który tak Merry'ego poruszył. Dowiedział się Merry o niebywałej dumie Gondorian, o ich pogardzie do „niższych” od siebie, o niechęci do mieszania krwi tych dwóch rodów. Wreszcie – posłyszał o dzielnym synu Valacara i Vidumavi, Eldacarze i bólu, jakiego Eldacar zaznał za sprawą Castamira Uzurpatora i wielu ówczesnych możnych.
Éothain snuł opowieść z coraz większym trudem, Merry zaś szlochał, słysząc o podłościach, jakimi były szyderstwa i napaść na Jeźdźców (których Merry miłował!), a kiedy Éothain doszedł do śmierci jednego z synów Eldacara, Ornendila, wtedy Merry cały się zatrząsł, przerażony ludzkim okrucieństwem, choć przecież widział i znał je dobrze, odkąd stał się częścią wielkiej wojny.
– Proszę, przestań! – załkał i, nieoczekiwanie dla wszystkich, wyskoczył z łóżka i stanął przed zdumionymi mężami.
– Przykro mi – powiedział cicho.
– Wracaj do łóżka! – krzyknął Elfhelm.
Wzrok miał łagodny.
– Co było – minęło. Do dziś się, co prawda, zdarzają wyrzekania po stronie niektórych Gondorian, lecz oddać im należy, że nie pragną rozlewu krwi jak ich przodkowie. Nie! – Elfhelm stanowczo pokręcił głową. – Nie pragną naszego cierpienia, to na pewno! Więcej – dziś są nam prawdziwymi przyjaciółmi.
– Braćmi – rzekł Éomer, patrząc na Meriadoka. – Jak już ich przy tobie nazwaliśmy.
Przytaknął Éothain, a Elfhelm zawołał:
– Dajmy już spokój przykrym tematom! Mało to mamy dziś zmartwień na głowie?
Ale Éomer zwrócił się jeszcze do niziołka:
– Nie znają takiej nienawiści w twoim kraju, prawda?
Nigdy nie był Merry tak zawstydzony jak w tamtej chwili, gdy stał naprzeciwko Éomera i słyszał w głowie jego, dręczące niczym echo, pytanie.
Wiedział bowiem, jak wiele wycierpiał młody Éomer, także w czasach, gdy był jeszcze dzieckiem, młodzikiem młodszym niż Merry czy Pippin! – a teraz cierpiał jak nigdy dotąd. Wszak wciąż musiał drżeć o życie Éowyn!
– Tak, to prawda… – Hobbit zamrugał szybko, chcąc powstrzymać kolejne łzy, ale zdążyli wszyscy dostrzec jego wzruszenie.
Meriadok zawstydził się dwakroć mocniej. „Miałem odwrócić Éomera od zgryzoty, a co robię? Zarażam go następnym smutkiem! Zachciało mi się, durnemu, rohańskich opowieści!”. Policzki paliły go na myśl, co też może teraz o nim sądzić Éomer. „Słaby jesteś, Meriadoku” – pomyślał. – „I to, żeś chory, w Domach Uzdrowień, nie ma nic do tego”.
Czynił sobie wyrzuty biedny Merry, ciągle łkając, lecz nagle czyjaś ręka starła mu te gorzkie łzy z polików. A kiedy hobbit spostrzegł, że łzy wsiąkają w rękaw królewskiej szaty, Éomer się odezwał:
– Nie wstydź się płakać, gdy do płaczu serce cię zmusza.
– Ale… – wydukał Merry. – Mnie jest tak przykro, że Shire…
Zaśmiał się Éomer i dokończył:
– Nie zna nienawiści?
Merry poczuł się wtedy tak, jak musiał czuć się Pippin, gdy go Gandalf na jakiejś głupocie przyłapał.
– To dobrze – rzekł Éomer. – To bardzo dobrze.
I w serdecznym geście położył dłoń na ramieniu hobbita, zagarniając go do siebie.
– Niech ci więcej nie będzie przykro!
Wówczas poczuł Meriadok siłę ludzi, których tak ukochał i jeszcze większą siłę ich przyjaźni. Uśmiechnął się więc radośnie, a wkrótce tak mu się zrobiło wesoło, że go Elfhelm o powód owej radości zapytał.
– Bo chyba znam już odpowiedź – powiedział Merry. – Doprawdy, jeśli Ghân-buri-ghânowi nic się wtedy nie pomyliło, to najwyraźniej musiał usiąść na własnej zatrutej strzale!




Wyjaśnienia do tekstu:

Bo wódz Wosów rzekł do Théodena i jego siostrzeńca: "Jeśli jednak przeżyjecie Ciemność, zostawcie Dzikich Ludzi spokojnie w górach i nie polujcie już na nich jak na zwierzęta". A mnie od zawsze to zdanie gryzło, jakby się tam przypałętało przez przypadek albo od czapy. Plus - niedawno na zagranicznych forach zetknęłam się z myślą pt.: Rohirrimowie zabijali Wosów (wzięte z dosłownego odczytywania tych polowań). A mi ciężko uwierzyć, zwłaszcza gdy mam wrażenie (i czytam w sieci), że Tolkien to koniuchów szczególnie ukochał, jak Faramira (a więc piąteczka, nawet dwie ;)). Ale to nic. Są przecież słowa Aragorna: "Bywałem między nimi. Są (tu następuje wymiana cnót) (...) odważni, ale nie okrutni". Jest uwielbienie ze strony hobbitów. Szacunek ze strony Gandalfa. Jest piękny fragment: "Rohirrimowie stanęli potem stropieni, zwały trupów [orczych] były bowiem zbyt wielkie, aby je spalić, korzystając z drewna, które mieli, a nikomu nawet do głowy nie przyszło, by porwać się z siekierą na któreś z nowo wyrosłych drzew. Ostrzeżenie Gandalfa, by nie zadrasnąć kory żadnego z nich ani nie ułamać najmniejszej gałązki, było zupełnie zbyteczne". Jej, nie przyszło im na myśl, by krzywdzić młode drzewa, a mieliby urządzać polowanie na Wosów? I mylić ich ze zwierzyną? (gdzie oni z ludzi mieli najlepszy, zwłaszcza w nocy, wzrok?) Zaraz mi się przypomina stereotyp, że to głupie wieśniaki były (nie obrażając mieszkańców wsi) ;) Polowanie? Toć Elfhelm sam się bał wosowych strzał i się tam Rohan nie zapuszczał ;) Ale, trafiłam na tamtych forach jeszcze na inną myśl: Rohirrimowie to rasiści. I tu podano przykład Dunlandu i Grimy samego w sobie - w sensie, że był ofiarą rasizmu ze strony swojego ludu. I wtedy ziemia mi się zatrzęsła pod stopami, no bo hejże, rasizm w Rohanie? W Gondorze, tym dawnym - pewnie! (i tu jest ładnie pokazane, że Jeźdźcy to rasizmu ofiara). U Noldorów - jasne! Ale Rohan? Serio? Dunlandczycy wrzeszczeli: "Śmierć Forgoilom! Zaszlachtujemy ich króla!", oni szukali zaczepki, bo jakieś żale i zazdrości o terytorium mieli, terytorium gondorskie (a więc Gondor miał prawo rozporządzać i dawać je w darze komu tylko chciał). Szlachetny Gamling znał ich język, mówił o nich, ale nie rasistowsko, nie z wyższością, ot, dziwił się bardzo, że można tyle czasu żyć zazdrością o czyjeś ziemie (zresztą to, jak Jeźdźcy potraktowali wrogich im Dunlandczyków po wojnie jest, cóż - piękne? szlachetne? miłosierne? inne niż Saruman wciskał). Grima? Jego tam niektórzy przejrzeli, ot co, a podłych gadów zazwyczaj się nie lubi i unika (że wyglądem się różnił, to nie robi - przecież Freca i Wulf też byli "inni", a ich z początku, dopóki nie przegięli, król Helm szanował/tolerował). Więc ja absolutnie w rasizm i okrucieństwo na rohańskim dworze nie wierzę, o! ;D
Hm, jest w Niedokończonych Opowieściach wzmianka, że w dawnych erach na Wosów najeżdżali źli ludzie i orkowie. Jest też to, co w WP: "W Rohanie nie dostrzegano żadnego związku między posągami z Dunharrow (tak zwanymi Pukelami) a "Dzikimi Ludźmi", nie uznawano też ich "człowieczeństwa". Stąd właśnie wzięła się wzmianka Ghan-buri-Ghana, że Rohirrimowie prześladowali niegdyś Dzikich Ludzi" - ale, nadal mam wrażenie, że ta wzmianka wyskakuje jak królik z kapelusza i bardzo do przeszlachetnych Jeźdźców nie pasuje (oni tych Wosów to pewnie z legend tylko znali, tak jak swego czasu hobbitów i entów - których o dziwo nie wyrżnęli i żadnego -eństwa im nie odmawiali). No nie przekonuje mnie taka wzmianka (zwłaszcza że to z NO to uwagi/notki) pozbawiona zarysu, a słowa Ghana brzmią mi na pomówienie/pomyłkę/obwinianie kogoś za ewentualne czyny przodków/hmm... a może ot, zwykłą, ogólną przestrogę na przyszłość? ;) (a Ghana przecież bardzo lubię i cieszę się jego wolnością :)). No nie potrafię uwierzyć, że Eomer jest w stanie walczyć z Uglukiem (orkiem!) po rycersku, a ludzi, nawet najbardziej dzikich bez honoru zagania w leśne kąty i zarzyna, no nie ;) (i żeby nie było, tak samo broniłabym inne cnotliwe osoby, ot - hobbitów na przykład czy pojedyncze kryształowe przypadki innych ras - tyle że pewnie dłużej by mi zeszło z pisaniem, bo jednak co ulubieńcy, to ulubieńcy ;p).

A poza tym:

Przepraszam wielbicieli Merry'ego i hobbitów w ogóle za niedostatki hobbickiej wesołości. Jakoś mi nie pasowała w tych okolicach książki (Merry tam się głównie smuci, martwi, cierpi z powodu chorej ręki, do tego żałoba po Theodenie, choroba Eowyn, stały lęk o Froda i Sama, za nim wojna, Sauron wciąż za miedzą, ech...).
I tak w ogóle to dopiero mój drugi raz z pisaniem hobbita (trzeci, jeśli piosnka się liczy) ;) (pomijając to, że ja przecież miałam nigdy o hobbitach nie pisać).
Wiele dzieł powstaje na Ardzie i wiele jest na niej cudów jeszcze nieodkrytych – tak jak twórców, których dotąd nikt nie poznał albo też oni sami, żyjąc pośród zwątpienia, nie rozpoznali swych talentów.
Wielu twórców ma Arda i wielu ich miała w dawnym czasie, gdy dopiero się stawała, a największym spośród nich jest Ilúvatar. Ze wszystkich zaś, których Eru powołał do życia, to Valarowie są wielkimi stworzycielami, bo z ich dziełem żadne inne równać się nie może i równać nie będzie; nie ma też nikt na Ardzie większości darów (a już na pewno nie takiej do nich mocy), które Valarowie otrzymali od Niego na początku Świata.


Albowiem są Manwë wraz z Ulmem stwórcami obłoków i wody i razem z Námem, zwanym Mandosem, najwięcej rozumieją z Wielkiej Muzyki, zna Estë lekarstwo na każdy smutek i każde cierpienie, a Irmo zsyła najpiękniejsze sny. Koją umarłych szepty Nienny, z czego rad jest Mandos – strażnik i sędzia dusz. Pięknie tańczy kochająca sarny Nessa, a jeszcze piękniej stąpa po Ardzie Vána, gdy dzieli się z innymi wielką radością. Tulkas, tak jak Nessa, żyje szczęśliwie w beztrosce i stopy ma najśmiglejsze (a siła jego jest największa); i tylko Orły Manwego potrafią doścignąć Tulkasa i Nessę. Najpiękniejszym wszak dziełem valarskich rąk są gwiazdy rozsiane na niebie przez Vardę, atoli zgodnym głosem mówią wszyscy Eldarowie, że to największa spośród własnych prac Valarów, nie zaś ze wszystkich na Ardzie. Jest bowiem nieskończenie ważniejsze i świętsze od gwiazd i najwspanialsze w swej istocie wspólne dzieło Ilúvatara i części Valarów, nade wszystko Yavanny, które jedni zwą tchnieniem, a inni życiem. Tylko Najwyższy może ofiarować życie, lecz życie wiele zawdzięcza Yavannie i jej Wizji, o której kiedyś opowiedziała Manwemu. Jest więc sama Wizja Yavanny Kementári piękniejsza od dzieła Vardy Elentári i jest sensem ukształtowanego przez Valarów Świata.


Oromë, u początku Ardy, nie pragnął kreować, bo więcej radości znajdował w pomaganiu innym; wspierał wówczas braci i siostry w budowie ich dzieł, dając im wiele ze swej siły i wytrwałości. Jednakże czas mijał, Arda rozkwitała, a bracia i siostry cieszyli się tym, co z własnych myśli dołączyli do Wielkiej Muzyki – i wtedy także Oromë zapragnął tworzyć, bo poczuł w sobie pustkę. Nie dał mu jednak Eru daru widzenia Mandosa ani pięknego tkania z losów, jakim obdarzona została Vairë. Nie były dłonie Oromego, tak jak dłonie Aulego i niegdyś Melkora, zdolne do zmieniania materii w niezwykłe ozdoby – czy to góry pełne majestatu, czy kruche przy nich, acz równie misterne klejnoty. Nie miał także Oromë takiej siły jak Tulkas, a choć gniew i odwaga, i troska o przyszłość, czyniły go bardziej od brata potężnym, to nie dar w nich widział, lecz złowieszczość – lękał się bowiem, że w gniewie może przypominać Melkora i że przez złość straszliwą zapomni kiedyś o odwadze i trosce i obróci się przeciw dobru. Nie mówiła też nic Oromemu jego Wizja, z niej wszakże najbardziej zapamiętał początek Świata.
Jednak Ilúvatar w każdym z Valarów widział dar, także w Oromem, o czym ten się później przekonał.


Oromë, choć porywczy i potężny, w gniewie przewyższający Tulkasa (o czym najlepiej wie Melkor), naturą prawdziwie przypomina swą siostrę – Nessę, najdroższą mu Vánę, a także siostrę Vány, którą jest Yavanna Kementári. Oni to najwięcej radości czerpią ze świata kelvarów i olvarów (choć nawet srogi i odległy Manwë pokochał ptaki).
Życie zawdzięczają kelvary Yavannie, kochają sarny i inne dzikie zwierzęta siostrę Oromego, Nessę, a ptaki żonę jego, Vánę, lecz to Oromego ukochały najwięcej wszystkie zwierzęta i za nim zawsze podążają, gdy je spotka na drodze. On także je ukochał, odkąd tylko ujrzał dzieło Kementári. Pewnego dnia bowiem zebrała Yavanna wokół siebie wszystkie rodzaje zwierząt i przywołała Oromego, bo jego to wówczas zobaczyła w myślach. A kiedy ten się zjawił i ujrzał pośród drzew i kwiatów nowe życie, wielce się z początku zdumiał i wielki był jego podziw dla wiecznie nieodgadnionej Muzyki. I trwał tak przez długie chwile Oromë w zdumieniu, tak długie, że zdążyła większość zwierząt ukryć się przed jego wzrokiem (wtedy też umknął mu Nahar), lecz może tak się miało wydarzyć, by mógł potem Oromë sam wszystko odkrywać. W końcu powrócił Valar myślami do tego, co wówczas było wokół i znów patrzył na dzieło Yavanny, już nie zdumienie, a ciekawość mając w spojrzeniu. Zawołała go Kementári, on jednak nie usłyszał jej głosu i wciąż podziwiał kelvary i spoglądał na nie tak, jak później spoglądał na Eldarów. A kiedy nadszedł czas i, także za sprawą Yavanny, pojawił się Nahar, Oromë przepadł.
Podobną miłością darzy Oromë olvary. Z nich najbardziej umiłował drzewa i do dziś czerpie radość, gdy wraz z Naharem przemyka między nimi albo kiedy z Váną przechadza się pod ich koronami – najpiękniejszym dachem, nad którym świecą gwiazdy.
Rzekła kiedyś Vána: „Drzewa zrywają się do szeptu tak, jakby sam twój widok je ożywiał”.
„Nie jestem czarnoksiężnikiem jak Melkor” – odpowiedział Oromë.
Nessa zaś, kiedy dostrzegła jego posłuch u zwierząt, nazwała go Poskramiaczem i poczęła dopatrywać się w bracie czarów większych od tych, które znała, lecz przerwał jej Oromë, mówiąc to samo, co wcześniej rzekł Vánie. Nie czary bowiem miał w myślach Oromë, gdy przebywał wśród dzieł Kementári, ale wielką radość czuł w sercu.


Nie rozumiał tego z początku Tulkas, myślał wszakże, że Oromë do niego jest podobny.
– Bracie – rzekł kiedyś Oromemu – pozostaw świat kruchych i słabych Yavannie. Nie godzi się bowiem tak marnotrawić potęgi! Możesz ją przecież zwrócić przeciwko Melkorowi, możesz walczyć z nim i jego sługami, by wyzwalać kruchych i słabych – wyzwalaj ich, bracie, lecz nie pozwalaj, aby cię oddalały od większych rzeczy.
Gdy usłyszał to Oromë, prędko poczuł gniew przeraźliwy.
– Zamilcz, Tulkasie! I słuchaj. Nie są kelvary i olvary tak słabymi, jak ich widzą twoje oczy i nie są wcale mniejsze od rzeczy, które twoje usta zwą większymi. Jest ten ich świat częścią świata naszego i zapowiedzianych Dzieci, ja sam zaś wiele w nich – roślinach i zwierzętach – dostrzegam miłości i światła, z których powstały. Kocham słabych i kruchych, jak ich zwiesz, bo mają radość i niewinność mojej Vány, a także twoją i naszej Nessy beztroskę, dzięki której zło nigdy nie stanie się ich istotą, choć może ich, niestety, dosięgnąć czarami Melkora. Rację masz, Tulkasie – potrafię stawić czoła Melkorowej potędze i tak przeto czynię – jestem obrońcą dzieła Yavanny. Czy nie wiedziałeś, Tulkasie, o moich wyprawach? Czy nie mówiła ci Nessa o mojej walce z ciemnością? Wiesz przecież dobrze, kogo sługi Melkora zwą Łowcą. Ty, mój bracie, możesz mi dopomóc, jeśli tylko zechcesz. Ty i mój drogi Nahar wraz z Huanem, których dała mi Yavanna.
Uśmiech rozjaśnił oblicze Tulkasa, lecz Oromë rzekł jeszcze:
– Będę jednak przebywał wśród zwierząt i przechadzał się pośród wysokich drzew tak długo, jak długo je będzie odnajdywać moje spojrzenie. I częściej między nimi mnie ujrzysz niźli na polu bitwy!
– Stanę u twego boku, bracie! – zakrzyknął z wielką mocą Tulkas. – Pomyśl jednak: Czyż nie przeciwko mocy Melkora Ilúvatar stworzył w tobie tak ogromną siłę i odwagę? Wiedz, że natura twoja przystaje do wielkich czynów, a postać do łuku, rogu i jeśli tak bardzo pragniesz – psów i rumaka, ale zaprawdę dziwny jest widok ciebie – największego Łowcy! – wśród kruchych, tych, którzy mogą być twoimi ofiarami!
– Lecz nie są. I nigdy nie będą! – odrzekł Oromë. – Poluję na bestie, niech je później Mandos wyzwoli!, nie na zwierzęta! Te być może staną się pokarmem Dzieci, ja jednak ręki na nie nie podniosę, zbyt mocno je pokochałem.
– O tym przeto mówię, Oromë. Przy słabych i kruchych sam stajesz się jak oni, a przecież w tobie leży ogień i hardość. Jesteś wojownikiem, Oromë, większym nawet ode mnie, jakby wykutym przez dłonie Aulego! Nie dla ciebie wrażliwość godna naszych Valier.
– Czy zatem gorszym mnie teraz postrzegasz?
Zamilknął Tulkas, strapiony tym pytaniem.
– Powiedz mi, Tulkasie, czy nie jestem już miłym tobie bratem? Czy miast podziwu i miłości masz dziś dla mnie tylko pogardę? A może czujesz nienawiść dla mojej miłości, którą widzisz jako słabość? Odpowiedz!
Wówczas po raz pierwszy zapłakał Tulkas, dotąd wiecznie roześmiany, i sam sobie wydał się dziwny, tak jak wcześniej dziwnym wydawał mu się Oromë. Płakał jednak nadal, coraz bardziej gorzkimi łzami, bo w słowach brata ból się ukrył wielki i nieznośny, a w oczach miał Oromë taką samotność, której nawet Nienna i Ulmo nie są w stanie znosić wiecznie.
Zawstydził się Tulkas i pożałował słów, które teraz pobrzmiewały mu w myślach niczym pozbawione wiedzy.
– Oromë! Tyś mi zawsze najmilszy spośród miłych braci! Czy ranisz Melkora, czy opatrujesz sarnę – miłuję cię zawsze i, jak teraz już wiem, tak samo zawsze podziwiam. Złość i głupota porwały mnie jak Melkora, lecz mimo wszystko moje niezrozumienie mniejsze jest od jego. Wybacz mi, bracie.
Zaśmiał się Oromë, radośnie jak jego Vána, i rzekł do Tulkasa:
– Wybaczam ci, drogi Tulkasie! Wybaczam. Tak pragnie moje serce i tego nauczyłem się od Nienny, gdy przy budowie Świata poznawałem wasze dary i czerpałem z nich radość. Rozumiem twoje pobudki, mój bracie, i rozumiem twój gniew, bo nie są mi obce.
Na to Tulkas odpowiedział:
– Z niewiedzy swojej i głupoty pytałem ciebie: Czy nie dostrzegasz swej natury? Lecz teraz, gdy mądrość znów gości w mych myślach, a wiedza przyszła nagle, pytam cię, Oromë: Czy nie widzisz swego daru? Czyś pewien, że Ilúvatar ciebie jedynego go pozbawił?
– A jakiż to dar widzisz we mnie, Tulkasie? – uśmiechnął się Oromë, a Tulkas wyraźniej jeszcze ujrzał dar, o którym mówił bratu. – To prawda, zapragnąłem własnych dzieł, lecz pragnienie zniknęło tak prędko, jak prędko się pojawiło.
Rozbłysły wtedy ognie w oczach Oromego.
– Wiedz, Tulkasie, że wasze dzieła i dary mi wystarczą i nadal są dla mnie radością. Kocham was, a z waszych dzieł nade wszystko ukochałem rośliny i zwierzęta, szczególnie zwierzęta, nad które Yavanna przedkłada rośliny – niechże więc kelvary będą pod moją opieką! One są moją radością tak jak radością jest tropienie Melkora. One są dla mnie tym, czym dla ciebie beztroska i śmiech, dla Aulego kamienie, a dla Manwego przestworza. Nie ma więc we mnie pustki i nigdy jej nie było – oto czego się dowiedziałem, przede wszystkim teraz, za twoją sprawą!
Weselił się Tulkas tymi słowami i śmiał się prawdziwie radośnie, bo przepełniony radością był wówczas Oromë.
Jest bowiem Oromë jasny i szczęśliwy jak jego Vána (dzięki jej obecności i z własnej części natury) zawsze wtedy, gdy żyje wolny od zmartwień. Śmiech zaś ma milszy od dźwięków Valarómy i tak radosny, że kto go posłyszy, ten wnet czuje dobry ogień, który goreje w Oromem; i zawsze ta radość dociera do uszu Vány.
– Nie potrzebuję tworzyć – rzekł Oromë i oczy jego zapłonęły najświętszym blaskiem.
– Nie potrzebujesz – zgodził się Tulkas. – Ty potrzebujesz miłować, a wielka może stać się ta miłość, która jest darem u Łowcy, połączona z twoją siłą i odwagą. Ty miłujesz tak, że miłość wykracza daleko, poza wszelkie granice, poza granice naszej krainy. Być może miłujesz tak, jak my czasem zapominamy, skupieni na swoich sprawach i własnych dziedzinach. Kochaj więc wszystkie światy, Oromë: słabych i mocnych, małych i wielkich, jasnych i błądzących, Ainurów i Dzieci – kogokolwiek później nimi nazwiesz. Kochaj je wszystkie, lecz nie zapomnij walczyć. Bądź ich strażnikiem, Oromë. Obyś też zawsze był tak szczęśliwy jak teraz!
– Będę – odrzekł Oromë. – Dopóki wy wszyscy będziecie wraz ze mną. Dopóki ogień we mnie nie zgaśnie.




Wyjaśnienie do tekstu:

Poza promptem Jurki przy pisaniu posłużyły mi cytaty: "Nie troszczy się ani o przeszłość, ani o przyszłość, jako doradca nie na wiele może się przydać, lecz w przyjaźni jest niezawodny" (o Tulkasie); "Jest myśliwym, tępi potwory i dzikie bestie, lecz bardzo lubi konie i psy myśliwskie. Kocha też drzewa i dlatego nadano mu imię Aldaron, a w mowie Sindarów—Tauron, czyli Pan Lasów" (o Oromem).

Nie przepadam jakoś mocno za Tulkasem, ale chciałam mu oddać to, że mimo ogólnego braku zainteresowania przyszłością, o której pisał Tolkien, jednak czasami mu się zdarzało o to troszczyć ;) (mam na myśli jego faktyczne zaangażowanie w pomoc Oromemu przy walce z Melkorem, ba, raz Melkora nawet sam sprał ;) czy poparcie prawa Yavanny do światła obecnego w silmarilach - przy okazji całkiem ładnie warknął na Fëanora ;)).
O darach i naturze Lowcy
Dla Jury, bo chciała coś jeszcze "z serii o Oromem". Dodatkowe życzenie Jurki: "coś lżejszego, bez problemu".
Loading...

Comments


Add a Comment:
 
:iconlas-rzeczy:
las-rzeczy Featured By Owner Oct 11, 2016  Hobbyist General Artist
Dawna Wielogrodzianka pozdrawia.
Reply
:iconl-ellena-l:
l-Ellena-l Featured By Owner Oct 20, 2016  Hobbyist Writer
Wieluś! :hug: Jestem szczęśliwa, że wróciłaś! :*
Reply
:iconlas-rzeczy:
las-rzeczy Featured By Owner Oct 21, 2016  Hobbyist General Artist
Ja się cieszę, żem Cię odnalazła :*
Reply
:iconwielogrodzianka:
Wielogrodzianka Featured By Owner Jun 28, 2016  Hobbyist Artist
Dziewojo! Ma zacna. Oleńka, Ah Oleńka. Mam ochotę poznać Cie bliżej. Może nawet zawitam na jakowymyś portalu społecznościowym. Fejsa nie trawię. Ale stare nk wydaje się ok. Bo jest zapomniane. Mogę też dać Ci gadulca i/lub nr telefonu. I będziemy mogły gadać na wazzz upie. Całuję Elajza. :*
Reply
:iconl-ellena-l:
l-Ellena-l Featured By Owner Jun 29, 2016  Hobbyist Writer
O, ja też Fejsa nie trawię. Nie żyję tam xD I w ogóle jedynym miejscem społecznościowym, na którym bytuję, jest ten nasz deviantartuś ;) Na nk to nawet hasła nie pamiętam :D
A tego wazzz upa to nie mam, nawet nie wiem co to xD
Ale obiecuję wpadać tu częściej! ;****
Reply
:iconwielogrodzianka:
Wielogrodzianka Featured By Owner Jun 29, 2016  Hobbyist Artist
Ja nk. Dawno temu usunęłam. Mało tam ludzików na szczęście. A wpadaj, wpadaj byle tutaj xD ...I czemu słowo :"wpadaj "mi się kojarzy? Nie, tak nie wpadaj xD
Reply
:iconwielogrodzianka:
Wielogrodzianka Featured By Owner Jun 28, 2016  Hobbyist Artist
Za liczne favy- czołem biję Waćpannie :*
Reply
:iconl-ellena-l:
l-Ellena-l Featured By Owner Jun 29, 2016  Hobbyist Writer
Koteńku, toć to najczystsza przyjemność! :hug:
Reply
:iconwielogrodzianka:
Wielogrodzianka Featured By Owner Apr 7, 2016  Hobbyist Artist
Dziękuję Ci cudowna za dodanie mnie do oglądanych <3
Reply
:iconl-ellena-l:
l-Ellena-l Featured By Owner Edited Apr 9, 2016  Hobbyist Writer
Byłam w szoku, bo myślałam, że już dawno cię w nich mam! Cóż, dobrze, że się w końcu zorientowałam w tym moim roztrzepaniu :giggle: :hug:
Reply
Add a Comment: